Rafał Bartosiewicz: „Myśmy tak odbiegli od innych narodów, że święcimy klęski, gdy tamte święcą zwycięstwa”

Niniejszy esej autorstwa Rafała Bartosiewicza stanowi pracę na ogólnopolski konkurs wiedzy patriotycznej o Romanie DmowskimTegoroczne prace opierają się na myśli „Myśmy tak odbiegli od innych narodów, że święcimy klęski, gdy tamte święcą zwycięstwa”Poniższy esej został przez organizatorów konkursu wysoko oceniony do tego stopnia, że otrzymał on wyróżnienie. Zachęcamy do przeczytania!

Roman Dmowski kiedyś powiedział (a właściwie napisał): „Myśmy tak odbiegli od innych narodów, że święcimy klęski, gdy tamte święcą zwycięstwa”. Z tego co sprawdziłem, cytat ten pochodzi z książki pt. „Polityka polska i odbudowanie państwa”, której to okres powstawania datuje się na lata 1923-1924. Roman Dmowski w powyższym zdaniu przedstawił swoją opinię, która mogła być skutkiem pewnego zmęczenia, czy zirytowania postawą ogółu społeczeństwa w kwestii obchodów tragicznych, dla narodu polskiego, rocznic wydarzeń. W tamtym czasie polskie społeczeństwo po odzyskaniu niepodległości z pewnością wspominało te smutne wydarzenia, które nie dość, że miały miejsce stosunkowo niedawno, to jeszcze miały tak wielki wpływ na losy Polski i Polaków.

Pragnę zauważyć, że w ciągu ostatnich 200-300 lat, żaden inny naród nie został tak bardzo sponiewierany, jak nasz. Od powolnego uzależniania się Rzeczypospolitej od swoich potężnych sąsiadów, przez rozbiory i związane z nimi powstania, wojenną tułaczkę żołnierzy polskich z czasów wojen napoleońskich, która przypomina tą, mającą miejsce ponad 100 lat później, słynne już 2 powstania, nazwane od czasu swych wybuchów, sprokurowane m.in. represjami i ograniczeniami ze strony władz, a pomiędzy nimi jeszcze walki wyzwoleńcze z 1848 roku, które wyniknęły z ogólnoeuropejskiej fali zbrojnych wystąpień. Wymienione „zajścia historyczne” pokazują dobitnie to, co przeżywał naród polski. Tragizm jego ostatnich losów mógł przytłaczać ludzi i odrywać ich od problemów ówczesnego świata, w którym żyli. I tak właśnie się działo, bo wspomniane efekty tego typu dobrze widać na przykładach (niektórych) nieroztropnych powstańców, czy następnie pisarzy, którzy bardzo chwalili oraz idealizowali walkę za kraj, pomimo wszystkiego i wszystkich.

Tragiczność losów naszego narodu mogła również wywoływać wśród pewnych osób nienawiść do sprawców tych katastrofalnych wydarzeń, którzy to „niewdzięcznicy” nieraz wbijali nóż w plecy Rzeczypospolitej. „Niewdzięcznicy”, bo przecież niejednokrotnie łamali zawarte sojusze, a także odpłacali się za udzieloną pomoc zdradą, jak Austriacy, których pod Wiedniem uratowała polska husaria. Zaprezentowane przeze mnie zdanie jest oczywiście nieco ironiczne, a owe, przedstawione wyżej podejście, jest dziecinne i infantylne. Nie można patrzeć na grę polityczną w taki sposób, bo tak: wykorzystanie polskiej husarii przez Austriaków, było bardzo trafnym dla nich posunięciem politycznym. Co nam po sławie i niewątpliwym sukcesie polskiego oręża, jeśli dla ojczyzny Mozarta byliśmy tylko głupim i naiwnym pomagierem? Trzeba też przyznać, że Turcja w tamtym czasie stanowiła wielkie zagrożenie i nawet po zajęciu Austrii, zapewne Rzeczpospolita byłaby następnym celem, a z kolei sojusz z tym państwem był praktycznie niemożliwy. Potwierdza to więc nie-unikalność konfliktu z Osmanami, jednak nie oznacza to, że nie dało się wynegocjować lepszych warunków, w zamian za udzielenie pomocy, niż jedynie łupów wojennych.

Konkludując, będąc uczestnikiem, a także obserwatorem zmagań politycznych, należy patrzeć na nie bezwzględnie i kalkulacyjnie, czyli chłodnym okiem. Cechy tej niestety bardzo brakowało przy planowaniu jakichkolwiek zbrojnych wystąpień. Nie było odpowiednich ludzi, bądź takowi nie zostali dopuszczeni. Jedną ze słabych alternatyw tego ułomnego podejścia, była nienawiść. Jest ona swego rodzaju, „paliwem” polityczno-duchowym, a każdy chyba wie, jak działa tenże metaforyczny „nośnik energii”. Na „krótką metę” być może się sprawdza, ale w dłuższej perspektywie bardziej szkodzi, niż pomaga.

Wracając do sedna sprawy, uważam, że niewielu osobom udawało się dostrzec ten prawdziwy sens, jak to ujmuje Dmowski, „święcenia porażek”, a mianowicie oddawania chwały ludziom, którzy niejednokrotnie, pomimo fatalnej sytuacji walczyli do końca za wolną Ojczyznę, której Pan Bóg jeszcze im nie „wrócił”. Przy okazji mojego odniesienia, co do pieśni „Boże, coś Polskę”, natrafiłem na bardzo ciekawą relację, dotyczącą okresu stalinowskiego na Węgrzech, autorstwa Ákos’a Engelmayer’a – dziennikarza i byłego ambasadora Węgier w Polsce, której fragment pozwolę sobie zacytować „Właściwie każde nabożeństwo kończyło się odśpiewaniem hymnu węgierskiego i zawsze wtedy śpiewano też po węgiersku Boże coś Polskę”. Bardzo budująca relacja, jednak to nie wszystko. „Madziarzy” także lepiej radzą sobie z obchodzeniem przykrych dla nich rocznic historycznych. Na dowód zaprezentuję inną wypowiedź, tym razem dr Réka Földváryné Kiss, na temat rewolucji węgierskiej 1956 roku: „Tamta rewolucja skończyła się fiaskiem, ale dała następnym pokoleniom moralną siłę na 1989 rok.

Patrzymy na ówczesnych bohaterów i na nich budujemy. Rok 1956 to tkanka naszej wspólnej tożsamości”. Myślę, że ta wypowiedź dobrze ukazuje, jak powinno się obchodzić, nie tylko w naszych sercach, ale również na szczeblu państwowym, takie wydarzenia. Wróćmy więc jeszcze na chwilę do tematu. Polscy bohaterowie, którzy walczyli za Ojczyznę, odznaczali się często fanatycznym wręcz oddaniem się sprawie, wspaniałymi: walką, ideałami, odwagą, honorem, heroizmem, wiarą, a także mądrością i inteligencją. Tak, te 2 ostatnie atrybuty również odegrały, może wbrew pozorom, wielką rolę. To właśnie wśród bohaterów narodowych możemy często znaleźć bardzo mądrych ludzi, którzy nieraz stanowili podporę pod późniejszą, wykształconą inteligencję. Takimi bohaterami byli m.in. weterani powstania styczniowego: św. Rafał Kalinowski, Romuald Traugutt, Tadeusz Kościuszko, gen. Józef Sowiński i wielu, wielu innych. Można by tą listę ciągnąć tak bez końca. Istotą rzeczy są w każdym razie zachowania, m.in. wymienionych wcześniej postaci wybitnych, w obliczu zagrożenia, a nie sam przygnębiający przebieg lub rezultat, np. powstania styczniowego. Jednakże nawet z tego „zimowego konfliktu” można wyciągnąć pozytywne „epizody”, które będą nas, nawet prostych ludzi, ulepszać. Z tego powodu postawy tych bohaterskich osobistości powinny być dla nas nie tyle wzorem, co wręcz moralnym wezwaniem do ich naśladowania.

Tego musimy się nauczyć jako naród i właśnie to na myśli mógł mieć sam Roman Dmowski. Jakiś czas temu słuchałem wypowiedzi znanego i przez niejedną personę lubianego reżysera, a teraz także posła na Sejm, Grzegorza Brauna. Nie pamiętam dokładnie jego słów, ale ich istotę – jak najbardziej. Pan Braun opowiedział, że kiedy jeszcze był dzieckiem, zdarzyło mu się słuchać pieśni „Warszawskie Dzieci”. Nie było by w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie dostrzegł pewnego mankamentu w treści owej pieśni. Mimo swojego niewłaściwego patriotycznego nastawienia, zauważył jednak, iż w tekście pojawia się pewna daleko idąca i, lekko mówiąc, gorliwa deklaracja poświęcenia: „Za każdy kamień Twój, Stolico, damy krew!”. Tak jak pan Braun, tak i ja byłem kiedyś przekonany co do słuszności tego typu miłowania nawet tych kamieni, które pochodzą z Ojczyzny. Nie widziałem jednak w tym, swego rodzaju podniosłym, „patriotycznym kantyku”, żadnych sprzeczności, czy rozdźwięku. Eufemistycznie mówiąc, takie przeświadczenie ma więcej wad, niż zalet.

Pomijając dywagacje na temat słuszności wybuchu powstania warszawskiego, oczywiście walka za kraj jest jak najbardziej szlachetnym oraz godnym podziwu czynem, ale trzeba baczyć na koszty tejże próby sił. Nie można przecież iść i toczyć boje na śmierć i życie, jeśli nie ma to choć drobnej szansy powodzenia, a zwłaszcza, jeśli nie ma się przygotowanej odpowiedzi na różne warianty i skutki działań przeciwnika oraz naszych własnych. Jeśli nie jest się najzwyczajniej w świecie przygotowanym, a tak było w przypadku wielu polskich wystąpień zbrojnych, to nie ma co liczyć na odmienne, lepsze „owoce” walki powstańczej. Bo głupcem jest ten, kto uważa, że powtórzenie danej czynności przyniesie inny rezultat od tego, który miał miejsce. Wbrew pozorom nie zamierzam całą „głupotą” obarczać Polaków, ponieważ do tych nierozsądnych działań poprowadziły ich także „obce ręce”, co jeszcze pozwolę sobie omówić. Wracając jeszcze do wątku bojów na śmierć i życie; dowódca jest odpowiedzialny za losy wielkiej rzeszy żołnierzy, ich rodzin, społeczeństwa i narodu. Taka osoba jest zobowiązana do rozsądnego i dalekowzrocznego dysponowania daną mu władzą. Niestety na przestrzeni tych kilku wieków, które omawiałem, wspomnianych cech brakowało wielu ludziom u władzy, czy to w królestwach (Kongresówka), czy to w organizacjach (stronnictwo „czerwonych” z powstania styczniowego). Chciano rewolucją, a nie ewolucją doprowadzić do wyzwolenia narodu polskiego, a przecież nawet małe dzieci wiedzą, że w pośpiechu trudniej jest zrobić coś dobrze. Szczególnie w naszej sytuacji geopolitycznej, która już od samego zarania Polski była dużym problemem. Niestety na przestrzeni dziejowej to zwykle mniejszość, czasem większa, a czasem mniejsza, rozumiała jaka jest najlepsza ścieżka ku niepodległości. Tą ścieżką było właśnie stopniowe oraz kompleksowe przygotowanie naszego narodu do walki o wolność w kwestiach edukacji, majętności oraz rzecz jasna sił, jakie można by wystawić do walki. Tą drogą przyzwoicie poprowadził nas pozytywizm, który, mimo swych wad, rozpoczął pracę u podstaw i wyrobił nawet w tej prostej, a wcześniej źle zagospodarowywanej ludności pod względem polityczno-społecznym, wielu wartościowych ludzi.

Z kolei wspomniane przed momentem wady pozytywizmu to m.in. brak oparcia się na katolicyzmie, co przyczyniło się najprawdopodobniej do powstania różnych ruchów, które w najlepszym wypadku nie aprobują tejże wiary. Owe ugrupowania to np. Wielki Proletariat, PPS, czy późniejsza Komunistyczna Partia Polski. W kolejnym „akcie” tegoż wypracowania na pomoc przyszedł mi ponownie pan Grzegorz Braun. Wsparcie to „objawiło” mi się wczoraj w postaci ponad dwugodzinnego wykładu o powstaniu listopadowym. Być może odbiegam teraz nieco od sedna sprawy, ale wspomniane wystąpienie pana Brauna nie dość, że prezentuje sobą wielką wartość i odmienne spojrzenie na historię, to jeszcze wnosi do mojej pracy ciekawe rozważania w kontekście słów Romana Dmowskiego o polskim „święceniu” wydarzeń historycznych. Koncepcja 52-letniego polityka Konfederacji dalece się różni od tej, prezentowanej w szkołach, ale jest dużo bardziej ciekawsza i głębsza. Przechodząc więc do rzeczy: pan Braun prezentuje w swoich wykładach intrygujące, nieco przerażające, ale nawet, wydawałoby się niegodne uwagi przyczyny polskich powstań. Biorąc na „warsztat” Noc Listopadową, należy zauważyć, że powodzenie tej rebelii zależało, tak naprawdę, tylko i wyłącznie od woli ludu, który ostatecznie został przekonany do ataku na arsenał warszawski. Pytanie czym: łamaniem konstytucji Królestwa Polskiego, ludowym poruszeniem, chęcią pójścia się pozabijać, czy też może płomiennymi przemowami polskich spiskowców? Śmiem przypuszczać, że dla – z całym szacunkiem – prostej biedoty warszawskiej, wyżej wspomniane problemy i pragnienia nie stanowiły na tyle wielkiej motywacji do tego, by pomóc niepewnym oraz mordującym przeciwne im osoby (m.in. generałów) spiskowcom w zaatakowaniu władz królewskich.

W rzeczywistości chodziło jednakże o coś mniej podniosłego, a mianowicie o monopole należące do pewnego jegomościa, żydowskiego pochodzenia, Leona Newachowicza. Zakupił on owe prawa m.in. na tytoń, alkohol oraz wyszynk mięsa w stolicy. Działania Newachowicza tak bardzo rozsierdziły lud Warszawy, że podczas Nocy Listopadowej ta nagromadzona przez ten czas nienawiść do rzeczonego „inwestora”, objawiła się w pełnej krasie. Mieszkańcy miasta włamali się do magazynów z alkoholem i upijali się zabranym trunkiem, a wraz z nimi zbuntowani żołnierze. W ten sposób wiele tysięcy Warszawiaków przez pewien czas powstania, było niezdatnych do jakichkolwiek potyczek, a co dopiero wojny z potężną carską Rosją. Dlaczego więc owa „rewolucja” przetrwała niemal rok? Jasne i jakże przejrzyste światło na tę sprawę rzuca następujący cytat, zapisany przez, znajdującego się wtedy w obozie Wielkiego Księcia Konstantego, Ignacego Skarbka Kruszewskiego: „Przyjeżdża pułkownik Turno, adjutant wielkiego księcia; a gdy jenerałowie naradzali się co robić, i raporta przyszły od patrolów, że powstańcy wcale się nie posuwają, powiada do nich Turno: “Ja tam byłem i widziałem ich, wszyscy pijani, dajcie im najlepiej pokój, jak wytrzeźwieją przez noc, to się rozejdą do domów”. Po zapoznaniu się z tą relacją, warto zadać sobie pytanie: dlaczego, prawie po 200 latach od tamtych wydarzeń, w szkołach nie uczy się tej, może i mniej podniosłej, ale prawdziwej historii tego przewrotu? Być może ktoś na takim kłamstwie zarabia dobre pieniądze? Tego nie wiem, ale wiem kto już zarobił wcześniej. Pan Grzegorz Braun poza tymi ciekawymi faktami, przedstawia – tak jak wspominałem – głębokie rozważania, na tematy geopolityczne i ekonomiczne, tam gdzie stykają się interesy poważnych państw. Królestwo Polskie przed tragicznymi wydarzeniami z lat 1830-1831, bardzo dobrze prosperowało. Dzięki dobrej polityce finansowej księcia DruckiegoLubeckiego, Kongresówka, pod rosyjskim zwierzchnictwem, szybko się rozwijała i stanowiła jeden z najlepszych regionów w całej monarchii carskiej. To umacnianie się Królestwa Polskiego z pewnością wywoływało niezadowolenie, a nawet niemałe obawy ze strony Prus. Oczywiście swoją „opinię” miała też austriacka monarchia Habsburgów, czy nawet Wielka Brytania. Może to dziwić, że na tej krótkiej liście umieściłem także ojczyznę Szekspira, ale już tłumaczę mój wybór. Otóż dla Anglików – wbrew pozorom – Polska stanowiła niemałą przeszkodę.

Polacy pod zwierzchnictwem rosyjskiego caratu, po latach wojen zaznali (jak się później okazało niezbyt długiego) okresu pokoju. Tak jak w poprzednich stuleciach, tak znów – zwłaszcza po zlikwidowaniu granicy celnej z Rosją – Polska była „żywicielem Europy”. Także na maszynach, których plany lub egzemplarze udawało się wykradać właśnie z Anglii, dało się nieźle zarobić i sprzedać na największy ówcześnie, rosyjski rynek zbytu. Wszystko to denerwowało Wielką Brytanię, która postanowiła rozprawić się z solą w oku, jaką były polska przedsiębiorczość oraz handel. Uczynili to wspierając zapewne różne ruchy, które stworzyły odpowiedni grunt pod powstania. Jednym z nich był związek misjonarzy , których celem było nawracanie na anglikanizm. Przedziwne połączenie, nieprawdaż? Efektem pracy owych misjonarzy, działających na ziemiach polskich była konwersja zaledwie 300 Żydów, na przestrzeni kilku dekad i do tego jeszcze niezbyt skuteczna, bo większość z nich szybko powróciła do dawnej wiary. Można więc wywnioskować, że celem tej finansowanej przez Anglików organizacji nie była wcale działalność misyjna, ale np. szpiegowska. Skończywszy wątek angielski, wrócę jeszcze do sprawy Prus. Otóż to niemieckie królestwo, co prawda osłabione po okresie wojen napoleońskich, ale nadal dość silne, cały czas uczestniczyło w walce o wpływy i dominację w Europie. W przeciwieństwie do Rosji i Austrii, Prusy bez polskich ziem bardzo by osłabły. Skutkowałoby to najprawdopodobniej spadkiem niemieckiego potentata z „ligi” mocarstw, do „ligi” regionalnej. Ponadto, gdyby powstanie listopadowe nie doszło do skutku, to polska armia z Kongresówki ruszyłaby do Belgii, by stłumić tamtejszą rewoltę. Pozornie nie ma w tym nic niepokojącego dla Prusaków, lecz istniało zagrożenie, iż zaprawiona już w boju armia po rozbiciu powstania belgijskiego, mogłaby w drodze powrotnej „zawadzić” np. o Wielkopolskę. Mimo porozumienia zawartego między mocarstwami Świętego Przymierza, zaczęło się ono rozpadać, zanim jeszcze zdążyło się na dobre rozpocząć, m.in. przez rywalizację rosyjsko-austriacką o Bałkany. Co by szkodziło więc zaatakować rosnące w siłę pruskie królestwo, jeśli ma się siłę, biernych oraz niesłownych sojuszników, a także wielkie wpływy. Wpływy, które mogą kompletnie zmienić znaczenie danej sprawy, dzięki czemu nikomu nie będzie się chciało bronić Prus np. przed polską armią, która odzyskuje swoje etniczne ziemie. Z tychże powodów Prusom najbardziej zależało na tym, by zniszczyć, jak dotychczas dobrze prosperującą, współpracę polskorosyjską. Trzeba również zauważyć, że nasza kooperacja nie wszystkim się wewnątrz caratu podobała. Było tak, ponieważ, jak już wspomniałem, ziemie polskie w krótkim czasie stały się jednym z najlepszych rejonów imperium. Stało się tak m.in. dzięki Polakom z wysokimi kwalifikacjami, którzy z czasem zdobyli część ważnych urzędów w państwie. Doprawdy musiało to irytować co poniektórych ludzi, którzy, gdyby nie Polacy, mieliby „ciepłe” posadki w państwie rosyjskim. Potwierdzają to słowa jednego z ludzi, który należał do rosyjskiej elity, znanego rosyjskiego pisarza i historyka Nikołaja Karamzina: „Legalnie ukonstytuowana Polska osiągająca godność suwerennego narodu byłaby dla nas bardziej niebezpieczna od Polski pozostającej pod rosyjską kontrolą”.

Reasumując: te wszystkie wątki, które poruszyłem, sprowadzają się do całkiem oczywistego, a jednocześnie przygnębiającego wniosku. Jest tak, ponieważ – jak ukazałem – naród polski był cały czas pod wpływem różnych sił planujących sprokurować i następnie przekierować jego gniew w wygodnym dla siebie kierunku. W ten sposób owe siły spowodowały wybuchy listopadowych, styczniowych oraz „wiosennych” wystąpień ludowych. A należało najpierw było najpierw rozwinąć się, czy to pod względami majętnościowymi, intelektualnymi, kulturowymi, czy, przede wszystkim, siłowymi. Należało coraz bardziej zwiększać naszą autonomię i niezależność względem obcych zwierzchników do tego stopnia, aby, po pewnym czasie, stać się zbyt dużą potęgą, która nie mogłaby pozostać jedynie podległym wasalem. Niestety historia inaczej się potoczyła i daliśmy się sprowokować. Z tego właśnie wynika mój przelotnie wspomniany wniosek: otaczamy wielką czcią wydarzenia, które były inspirowane przez wrogie nam siły. To właśnie one najbardziej chwalą te nieszczęsne powstania, z jednej prostej przyczyny: przyniosły nam one więcej szkód, niż pożytku. To było celem owych mocy, który niestety udało im się osiągnąć. Kończąc, należy stwierdzić jasno, że „współpraca” z carstwem rosyjskim była oczywiście wymuszona i nie można jej gloryfikować, ale trzeba jednak zauważyć pozytywne skutki, jakie za sobą niosła. I właśnie trzeba zachować, co było z resztą jedną z myśli przewodnich tegoż akapitu, otwartość umysłu i realizm. Nie można też odmówić naszemu narodowi bohaterskości i suwerenności w podejmowaniu działań, lecz, jak widać, oczywistym jest, że panujące nastroje w społeczeństwie polskim były wykorzystywane przez innych dla własnych, partykularnych celów. W ostatnim akapicie tejże pracy nie chciałbym podsumowywać całego tekstu, bo zajęłoby to jeszcze ze stronę lub 2. W zamian, ponownie „wykorzystując” pana Brauna, pragnę ukazać pewną puentę, która, moim skromnym zdaniem, dobrze prezentuje i oddaje przesłanie tego eseju. Cytat z wpisu na Facebook’u pana Brauna: „Chwała Bohaterom – Hańba Prowokatorom!”. Roman Dmowski z kolei, wokół którego słów starałem się „orbitować”, jest naprawdę wielkim, a wręcz wybitnym bohaterem. Nie dość, że zrobił naprawdę wiele dla naszej Ojczyzny, kiedy np. tak mądrze bronił naszych interesów w trakcie prac nad traktatem wersalskim, to jeszcze walnie przyczynił się do rozwoju naszego narodu pod wieloma względami. Był mentorem i ojcem naszej niepodległości zarówno na mapie, jak i tej w umysłach Polaków. Nauczył nas myśleć lepiej i mądrzej.

Cześć i chwała Jego pamięci.

Amen.

Redakcja

Czytaj Wcześniejszy

Karolina Ladra: Recenzja „W lesie dziś nikt nie zaśnie”, czyli jak usypia się moralność współczesnej młodzieży

Czytaj Następny

Poseł Kamiński ostrzega o nachodzącym bezrobociu: "Trzeba pożegnać Ukraińców"

Zostaw Odpowiedź

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *