Karolina Ladra – Recenzja "W lesie dziś nikt nie zaśnie", czyli jak usypia się moralność współczesnej młodzieży | Narodowcy.net

Karolina Ladra – Recenzja „W lesie dziś nikt nie zaśnie”, czyli jak usypia się moralność współczesnej młodzieży

Słowem wstępu, ponieważ pewnie wielu z Was nie widziało (być może i nie słyszało) o najnowszej produkcji, która zadebiutowała na Netflixie, „W lesie dziś nikt nie zaśnie” to polski horror (tak przynajmniej zostało to zaklasyfikowane) opowiadający o obozie w lesie dla młodzieży uzależnionej od technologii. Uczestnicy na samym początku zostają podzieleni na mniejsze grupy, które rozchodzą się po całym obszarze. Mówiąc krótko nasi bohaterowie idą w głąb lasu skąd daleko do jakiejkolwiek cywilizacji. Okazuje się, że las kryje tajemnicę, przez co uczestników spotykają tragiczne sytuacje, w wyniku których po kolei giną. Przechodząc więc do rzeczy…

Pierwsza sprawa (nawet bez oglądania filmu) jaka się rzuca w oczy to tytuł. Osobiście jeszcze ani razu go nie wypowiedziałam prawidłowo bez ściągi. Tytuł to wizytówka filmu, to coś po czym go zarekomendujemy (bądź odradzimy) innym. Trudno go zapamiętać i nawet jeśli kryje w sobie grozę i tajemnicę uważam go za słabą stronę. Z kolei jednak odnosząc się do gatunku, jako jedyny wzbudza poczucie niepewności i lęku, bo cały film raczej odrazę i niesmak. No chyba, że ktoś lubi horrory w stylu gore.

„W lesie…” jest slasherem, gdzie uczestnicy kolejno giną z rąk dziwnych osobników. Początkowo zarówno widzowie jak i bohaterowie nie wiedzą ilu ich jest. Z czasem dowiadujemy się, że jest ich dwóch – bliźniaków – poznajemy ich historię sprzed lat. Okazuje się, że dwóch małych, słodkich braci w wyniku upadku meteorytu zamieniło się w żądne krwi kreatury (kochani rodzice, pilnujcie co Wasze pociechy przynoszą do domu!). W kolejnych kadrach widzimy dwa olbrzymy, których ciało pokryte jest mnóstwem guzów. Mordercy do złudzenia przypominają osoby cierpiące na nerwiakowłókniakowatość. Jako, że film skierowany jest głównie do młodych osób można poddać obawie, że chorzy mimo że obecnie spotykają się ze społecznym wykluczeniem z powodu deformacji, to obejrzeniu najnowszej produkcji Netflixa spotkają się ze zwiększoną stygmatyzacją… No cóż, kolejny dowód na to, że tolerancja jest zarezerwowana tylko dla niektórych grup.

No właśnie! Nie mogło zabraknąć reprezentanta LGBT. Młody chłopak, którego ulubionym tematem rozmów z rówieśnikami jest jego orientacja. Widzimy scenę, w której rozmawia ze swoją wyzwoloną koleżanką (sama siebie tak określiła tonem sugerującym, że to całkiem normalne podejście do życia) i opowiada o trudach życia jako homoseksualista. Nawiązuje do swojego ojca, który jest tak ślepy na rzeczywistość (parafrazując za bohaterem, nawet jak poklepie po tyłku swojego chłopaka to ojciec i tak uzna go za zwykłego kolegę), że uważa, że synowi bliżej do jednej z organizacji narodowych niż do bycia gejem. Tak zaabsorbowany swoją opowieścią nie zauważa, że koleżanka została zabita przez pokrytego guzami psychopatę. O dziwo, udaje mu się uciec do pobliskiego kościoła (do dzisiaj nie znalazłam odpowiedzi skąd wziął się kościół w środku lasu… Jakąś wskazówką może być postawa posługującego w nim księdza). Chłopak oczywiście znajduje tam schronienie. Kapłan przyjmuje go z otwartymi ramionami… no właśnie. Tutaj chyba rozwiązanie zagadki kościoła zbudowanego między leśnymi drzewami daleko od jakiejkolwiek cywilizacji. Inaczej ciężko byłoby wpleć motyw księdza pedofila, który pragnie skorzystać z okazji na seksualne wykorzystanie chłopca, lecz, na szczęście pociesznego homoseksualisty, nie udaje mu się to. Z „odsieczą” przychodzi stwór, który wrzuca księdza do kosiarki. Akurat tej scenie reżyser poświęcił dużo uwagi, aby widz mógł „nacieszyć” się widokiem krwi, a następnie dopełnić to oglądając jak niegroźny gejek staje się obiektem zainteresowania „wybawcy”. O dziwo pod kątem żywieniowym, a nie seksualnym… Oczywiście widz może ponownie cieszyć oko przelewem krwi i ludzkiej anatomii (warto zaznaczyć, że w tej produkcji takich okazji jest bardzo dużo).

Fabuła może byłaby w miarę, gdyby zachowała jakiś związek przyczynowo-skutkowy (no chyba, że jak jest las to i muszą być sceny związane z urodzinami pewnego pana z wąsem). Podczas, gdy kilku ostatnich bohaterów walczy o przetrwanie, widzimy spokojną scenę w radiowozie. Tu akurat bez żadnych podtekstów! Policjant płaci pewnej pani za… wygadanie się jak to musi jechać do lasu, aby znaleźć faszystów świętujących urodziny Hitlera (przecież to idealnie pasuje do opisanej powyżej fabuły, czyż nie?). Spokojnie! „Faszyści” i „naziści” też będą mieć swoje 5 minut w tym filmie! Trzeba tylko cierpliwie poczekać. Poczekać do ostatniej sceny, która, podobnie jak kościół w środku lasu, pasuje do reszty filmu jak pięść do nosa. Widzimy dwóch niezbyt trzeźwych panów ze swastyką na ramieniu radośnie śpiewających „Złoty słońca blask dokoła”, czyli Hymn Młodych…

Podsumowując! Gdyby nawet skupić się jedynie na fabule to film i tak odradzam. No chyba, że ktoś jest fanem scenariusza na poziomie uczniów zaczynających szkołę filmową i próbujących swoich sił w nowym fachu. Czuję jednak, że praca wymagałaby jednak ponownego podejścia do zaliczenia przedmiotu. Jeśli chodzi o ekspozycje na widok krwi… cóż, takich widoków jest mnóstwo, do tego niesamowicie zaakcentowane widoki rozrywanego ludzkiego ciała. Może miało być strasznie, a wyszło bardzo niesmacznie, sceny są wręcz odrzucające i przyprawiające o mdłości. Co za dużo to niezdrowo! No chyba, że reżyser miał taki zamiar… swoim amatorskim okiem nie przewiduję więc sukcesów… Najbardziej rzuca się w oczy jednak propaganda i uderzenie przede wszystkim w środowiska narodowe. Dostrzec można również niewiedzę twórców poprze błędne utożsamianie ONR i MW, której Hymn został wykorzystany do obrzydliwego porównania do nazistów i pijaków w ostatniej scenie. W moim odczuciu chorzy na nerwiakowłókniakowatość oraz duchowieństwo mniej oberwali niż organizacje, których przedstawiciele walczyli w czasie II WŚ z nazistowskimi Niemcami. Trzeba jednak wierzyć w dwie rzeczy: że dzięki temu, że film jest słaby młodzi ludzie nie podłapią czyhającej na nich propagandy oraz, że znieważanie organizacji przez producentów znajdzie swoje prawne rozwiązania.

Karolina Ladra

Komentarze