Ruch narodowy a prawica | Narodowcy.net

Ruch narodowy a prawica

Artykuł ukazał się w X numerze kwartalnika ,,Polityka Narodowa” (Wiosna, 2012)

Ostatnimi czasy często można usłyszeć tezę, jakoby nacjonalizm w Polsce przeżywał swój renesans. Ma to związek z sukcesem Marszu Niepodległości, jak i rozwojem środowisk narodowych go organizujących. Nie przeceniając znaczenia tych tendencji, trzeba otwarcie przyznać, że ruch narodowy od dawna nie stał przed taką szansą rozwoju. Zainteresowanie ideą narodową w środowiskach nawet „systemowej” prawicy przeżywa swoje apogeum. Być może stoimy przed realną szansą na odbudowanie chociaż części tego potencjału, jakim dysponował polski ruch narodowy przed II wojną światową. W tak znaczącej chwili nie sposób nie zadać sobie pytania o to, czym właściwie ma być nowoczesny polski ruch narodowy. Wielu, również tych poczuwających się do etykietki „narodowca”, widziałoby w nim wręcz jakieś wyczulone na punkcie treści patriotycznych, luźno powołujące się na dziedzictwo Narodowej Demokracji (w wydaniu „starych” SN) skrzydło prawicy, swobodnie wchodzące w przeróżne konstelacje ze środowiskami konserwatywno-liberalnymi, „republikańskimi”, chadeckimi czy też integralnie konserwatywnymi. Przeglądając różnego rodzaju strony internetowe, w tym fora dyskusyjne, a także niektóre pisma, trudno oprzeć się wrażeniu, że nacjonalizm, jeśli w ogóle to zbyt ostre dla niektórych słowo pada, nie stanowi nic ponad to. Parafraza zasady „nie ma wroga na prawicy” zdaje się niektórym przesłaniać rzeczywiste oblicze ideowe zarówno samego nacjonalizmu, jak i jego polskiej odmiany, wyrażonej najdobitniej przez ruch Romana Dmowskiego.

Taki sposób postrzegania świata ma kilka przyczyn. Wydaje się, że jedną z bardziej znaczących jest zbliżone do różnego rodzaju prawicy postrzeganie historii przez większą część ludzi poczuwających się do ideologii nacjonalistycznej. Jakich bohaterów ma dziś przeciętny polski narodowiec? Pomijając tych wyciągniętych z samej historii endecji, będą to między innymi powstańcy wandejscy, generał Pinochet, meksykańscy Cristeros, dla wielu hiszpańscy Karliści. Studiując historię pierwszej połowy XIX wieku, bo temat to z rzadka w naszym ruchu podejmowany, mało kto zatrzymałby się nad inspiracjami ideowymi branymi z historii Towarzystwa Demokratycznego Polskiego czy stronnictwa „Czerwonych”, przyznając zapewne bezwzględną rację antyrewolucyjnemu podejściu ich konserwatywnych oponentów.

Postrzeganie nacjonalizmu jako ideologii prawicowej wynika również z retoryki stosowanej przez naszych otwartych wrogów. Lewica, od 1905 roku począwszy, starała się zestawić endecję z jej ówczesnymi (taktycznymi) konserwatywnymi sojusznikami, zarzucając narodowcom, rzeczywiście cechujący środowiska zachowawcze, obskurantyzm. Stan ten nasilał się z biegiem lat – w II Rzeczypospolitej PPS utożsamił ruch narodowy z jednej strony z faszyzmem, a z drugiej ze skrajnym zacofaniem. Retoryka komunistów z grubsza bazowała na tych samych schematach – endecja i jej skrajny oenerowski odłam miały być ekspozyturą wpływów najbardziej nieoświeconych czynników, odpornych na wszelki postęp społeczny. Jak duży wpływ na naszą świadomość miała ta propaganda widać doskonale po 1989 roku. Środowiska liberalnej opozycji bojące się nacjonalizmu daleko bardziej niż komunistów już przed okresem transformacji bardzo chętnie podtrzymywały stereotyp zacofanego prawicowego nacjonalisty. Sami narodowcy z kolei nieraz bardzo chętnie wpasowywali się w ten obraz, deklarując przynależność do obozu prawicy, a ich często słabe i groteskowe partie wchodziły w różnego rodzaju sojusze czy to z konserwatywnymi liberałami czy szeroko rozumianą prawicą, bez najmniejszych obaw o ideologiczną tożsamość swoich organizacji.

Oczywiście nie sposób pominąć tu najbardziej oczywistej przyczyny identyfikacji ruchu narodowego z prawicą. Po prostu nacjonalizm ze swoją obroną tradycji narodowej, religii, sprzeciwem wobec aborcji i homoseksualizmu czy wreszcie z żarliwym antykomunizmem sytuowany był na radykalnym skrzydle formacji ideowej utożsamianej przez ogół z takimi poglądami. W szczegóły niewielu się zagłębiało.

Korzenie nacjonalizmu

Wiele zostało w ostatnim czasie powiedziane o radykalnych czy też, jak wolą niektórzy, lewicowych korzeniach nacjonalizmu. Dzięki publikacjom między innymi doktora Nikodema Bończy-Tomaszewskiego czy profesora Adama Wielomskiego nasza wiedza na temat postępowej genezy wielu narodowych formacji została znacząco poszerzona i nieco zaburzyła obraz nacjonalizmu jako ruchu integralnie prawicowego. Studiując historię poszczególnych narodów (przynajmniej z europejskiego kręgu kulturowego) ciężko jednak nie dostrzec, że badacze ci idą w wielu swych osądach za daleko.

Już w dziełach starożytnych znaleźć można całą masę odwołań do tożsamości narodowej, w niektórych przypadkach (Rzymianie) nawet bardzo zbliżonej w formie do znanych z ostatnich wieków nacjonalizmów. Średniowiecze, będące z jednej strony okresem chrześcijańskiego uniwersalizmu, stanowiło równocześnie epokę powstawania i bujnego rozwoju narodów. Przykłady wręcz narodowego szowinizmu są aż nadto widoczne w średniowiecznych kronikach, natomiast spory etniczne, jak i powoływanie się na czynnik, który można bez zastrzeżeń nazwać narodowym, dawały wówczas o sobie znać częściej niż moglibyśmy sądzić po lekturze dzieł liberalnych i marksistowskich socjologów. Temat ten zresztą jest doskonale opisany w historiografii, wspomnieć wypada chociażby najbardziej znany Świt narodów europejskich Benedykta Zientary, doskonale podparty źródłami, ukazujący tożsamość narodową wielu zachodnioeuropejskich ludów już w okresie wczesnego średniowiecza. Niestety, popularność tez socjologów takich jak Gellner, Kadouri czy Hobsbawm (jak słusznie dowiódł prof. Andrzej Walicki, zwyczajnie nie znających historii, a z drugiej strony często są to ludzie boleśnie doświadczeni przez nacjonalizmy) znacząco ten obraz w ostatnich dekadach zaciemniła. Na szczęście koncepcja naukowa jaką jest etnosymbolizm, najpełniej wyłożona przez Anthony’ego Smitha, mimo wszystkich swoich słabości, nieco przyczynia się do odkłamania tego zagadnienia. Wciąż zresztą w niektórych kręgach, głównie historyków, obecny jest paradygmat perenialistyczny, znacznie lepiej podparty źródłami niż teorie modernistów. Temat to co najmniej na osobny tekst, zatrzymajmy się więc przy prostej do udowodnienia konstatacji o odległej w czasie genezie narodów, a także nacjonalizmów, bo silną, odwołującą się do ludu, dającą prymat etnicznie pojmowanej narodowości tożsamość np. husytów, nacjonalizmem już można nazwać, choć z pewnością różnym od dzisiejszych. Oczywiście, o masowej świadomości narodowej, trwale ogarniającej całe społeczeństwa można mówić na ogół dopiero od czasów porewolucyjnych (choć nie można deprecjonować przykładów również ludowego patriotyzmu i przywiązania do ojczyzny, jakie występowały również przed 1789 rokiem, vide: wspomniany przykład czeski czy francuski w XV wieku), jednakże tezy o wspólnym pochodzeniu wszystkich stanów społecznych, a przez to identyfikowaniu ich jako jednej całości funkcjonowały w niektórych kręgach na poziomie publicystycznym na długo przed XIX wiekiem. Cechy nacjonalizmu, choć już nie odwołującego się do mas, a pojedynczych stanów utożsamianych z narodem, miały ruch egzekucyjny w XVI-wiecznej Rzeczpospolitej, a także formacja kulturowa jaką był sarmatyzm – przy wszystkich swoich ułomnościach, stawiały one nacisk na więź etniczną, pewną swojskość, wyższość kultury narodowej nad obcymi naleciałościami. Wielokrotnie w dążeniach tego typu formacji na czoło wysuwało się dobro wspólnoty (nomen omen narodowej), stawiany ponad interesem dynastii czy nawet supremacji dominującego w tych stronnictwach wyznania. Ciekawym z punktu widzenia interesującego nas tematu jest fakt, że często ruchy czy środowiska o takich tendencjach łączyły skłonności do demokratyzmu i egalitaryzmu, dążenia do czasem nawet radykalnych zmian skostniałych struktur prawno-państwowych, nieraz przeciwstawianie się koteriom skupionym wokół warstw najwyżej postawionych, arystokracji, którą to (często słusznie) oskarżano o uleganie kosmopolitycznym trendom. Czasem do głosu dochodziły tu hasła sprzeciwu wobec wpływów Kościoła, choć nie można ich zestawiać z antyklerykalizmem XIX i XX wieku.

Oczywistym nadużyciem, a i pewnym anachronizmem byłoby stawianie tezy, że w związku z powyższą koincydencją można uznać ów dawny (proto) nacjonalizm za postawę lewicową, niemniej jednak w wielu wypadkach wyraźne są w nim skłonności egalitarne, które w radykalnej postaci uwidocznią się w XIX wieku po lewej stronie spektrum politycznego. Choć nie należy integralnie utożsamiać opisanych powyżej tendencji z lewicą rewolucyjną, niemniej po 1789 roku, przez większą część następnego stulecia zbliżone postulaty podejmowane są przez jakobinów i różnej maści demokratów we wszystkich krajach Europy. Dzieje się tak w dużej mierze przez daleko idący kosmopolityzm europejskich monarchii tych czasów. Większości królestw XVIII i pierwszej połowy XIX wieku obce jest już dawne zakorzenienie w etniczności, charakteryzujące monarchie wcześniejsze. Król w coraz mniejszym stopniu jest dla swojego ludu ojcem, zasklepienie dawnych struktur osiąga przed rewolucją swoje apogeum. Europejskie oświecenie, w którym tkwią pewne podstawy współczesnych nacjonalizmów, przyczynia się jednocześnie do daleko idącego skosmopolityzowania elit krajów Europy. Występujące przeciw tym wyobcowanym elitom ruchy rewolucyjne z ochotą podejmują hasła ludowe, czy wręcz narodowe. W pierwszej połowie XIX wieku to po stronie sił rewolucji znajdujemy nacjonalistów. To przede wszystkim demokraci, od jakobinów począwszy, podejmują postulaty narodowe, rozciągając je na lud. Apogeum tych nastrojów przypada na Wiosnę Ludów, po której stłumieniu przez zachowawcze i często brzydzące się pojęciem narodu monarchie, dochodzi do pewnych przewartościowań. Wiele do tej pory reakcyjnych państw europejskich, z nowo powstałą II Rzeszą na czele podejmuje idee nacjonalistyczne, doprowadzając do zespolenia ich z tradycjonalistyczną wizją świata. Istotne, że na przeszkodzie tej syntezie stały najdłużej właśnie środowiska konserwatywne, o czym w dalszej części.

Czy polski nacjonalizm był prawicowy?

Nacjonalizmy w krajach o nieco innej sytuacji (republikańska Francja, Włochy ze swoją liberalną i antyklerykalną monarchią, Polska pod zaborami) pod koniec XIX wieku ewoluują w stronę tradycjonalizmu z pewnym opóźnieniem, jednak konsekwentnie. Jak to wyglądało w naszym kraju?

Cechy nacjonalizmu nowoczesnego, a więc dążącego do zaszczepienia poczucia narodowego ogółowi mieszkańców i dystansującego się od stanowości, widoczne są wyraźnie w pokoleniu reformatorów (a szczególnie po jego lewej stronie), które doprowadziło do uchwalenia Konstytucji 3 Maja, co podkreślał już Roman Dmowski. Po upadku Rzeczpospolitej tradycje te kontynuuje raczej lewica niż prawica. Spośród wybitnych przedstawicieli kultury romantyzmu niemal wszyscy sytuują się po lewej stronie sceny politycznej. Nieliczne wyjątki, takie jak Zygmunt Krasiński, mają duży kłopot w próbach łączenia idei narodowej z konserwatyzmem. To po lewej stronie, wśród środowisk Towarzystwa Patriotycznego, Towarzystwa Demokratycznego Polskiego na emigracji, stronnictwa „Czerwonych” w czasie Powstania Styczniowego mamy silnie zarysowane postulaty umasowienia patriotyzmu narodowego, podbudowanego niezbędnymi dla osiągnięcia tego celu hasłami wyzwolenia socjalnego ludu. Konserwatywni oponenci patriotycznej lewicy, mimo że rzadziej niż ich zachodni odpowiednicy wzdragają się na sam dźwięk słowa „naród”, przeciwstawiają się takim zmianom społecznym, nieraz wręcz uważając sytuację, w której ogółem mieszkańców niepodzielnie rządzi jedna, nieliczna, wyobcowana z ludu warstwa za normalną. Co więcej, margrabia Wielopolski i stańczycy to nie jest tradycja polskiego nacjonalizmu, to jest tradycja ludzi ten nacjonalizm zwalczających.

Doktryna usystematyzowanego polskiego nacjonalizmu, jakim był ruch narodowo-demokratyczny rodziła się w opozycji nie do lewicy, ale do konserwatyzmu. Bądźmy świadomi, a to często nam umyka, że nawet organizacyjnie endecja ma swoje początki na lewicy. Zygmunt Miłkowski (pseud. Teodor Tomasz Jeż), uczestnik rewolucji węgierskiej z 1848 roku, był przecież wysoko postawionym działaczem najważniejszej organizacji lewicy emigracyjnej – Towarzystwa Demokratycznego Polskiego. Jego Liga Polska, z której wywodzi się ruch narodowy, była organizacyjnie oparta na wzorcach wyniesionych z TDP – podobnie jak w poprzedniczce organem zarządzającym Ligą była Centralizacja. Również ideowo Liga Polska nie odbiegała znacząco od Towarzystwa, głosząc zbliżone hasła. Młodzieżowa przybudówka Ligi, czyli „Zet”, była wręcz przesiąknięta lewicowością. Hasła socjalistyczne były tam nieraz nawet w oficjalnym użyciu. Wielu endeków pisało, że początków ich ruchu należy upatrywać w następczyni LP – Lidze Narodowej, która miałaby wnieść do ideologii ruchu nową jakość. Owszem, z pewnością ją wniosła, ale dopiero z czasem. Jak dowiódł w Demokratycznej genezie nacjonalizmu Bończa-Tomaszewski, z początku Liga Narodowa kontynuowała główne wątki podejmowane przez organizację Miłkowskiego. Pamiętajmy, że oficjalnie głoszona w TDP i LP idea powstania narodowego przeciw Rosji zarzucona w endecji zostanie dopiero wiele lat później. Przykładowo popularność postaci Jana Kilińskiego to w dużej mierze zasługa działań Ligi Narodowej, która w setną rocznicę Insurekcji Kościuszkowskiej postanowiła uczcić warszawskiego szewca serią demonstracji. Pomijając ogrom realnej pracy wykonany wśród ludu, sama działalność ruchu narodowego tego okresu doskonale wpasowuje się w XIX-wieczny ciąg polskich tradycji spiskowo-rewolucyjnych. Pamiętajmy, że sam Dmowski przesiedział pół roku w Cytadeli, a następnie był zesłany do Mitawy, zaś Balicki miał kontakty ze środowiskami organizującymi zamach na Aleksandra II. Pomimo, że narodowcom zdarzało się werbalnie odcinać (nawet ustami zdecydowanie dalekiego od prawicy ludowego demokraty, jakim był Jan Ludwik Popławski) od TDP, to inspiracje oraz wkład dorobku tego środowiska w kształtowanie idei narodowo-demokratycznej są niewątpliwe. Przeglądając pisma publicystów TDP, takich jak Wiktor Heltman, można odnieść wrażenie, że już tam wypracowano zarys wielu idei branych później na sztandary przez endecję, z demokratyzmem, solidaryzmem narodowym czy nawet wszechpolskością na czele. Naturalnie ruch narodowo-demokratyczny (samo słowo „demokracja” miało kluczowe znaczenie dla jego genezy, mającej swe korzenie w romantycznym demokratyzmie, którego ostatni pełny przejaw stanowiła właśnie Liga Polska) dość szybko zaczął potępiać wiele komponentów składających się na idee swojego poprzednika, z romantyzmem politycznym na czele. Pod wpływem haseł pozytywistycznych doszło również do przedefiniowania samego pojęcia narodu polskiego. Nie zmienia to jednak faktu, że trzon idei polskiego nacjonalizmu uformowany został na długo przed Dmowskim, i bynajmniej nie był to nacjonalizm prawicowy. Notabene w latach trzydziestych wielu tradycjonalistycznych narodowców wróci do gloryfikowania XIX-wiecznego, romantycznego nacjonalizmu, widząc siebie w roli kontynuatorów spuścizny między innymi TDP. Niestety mało kto w naszym ruchu chce dziś o tym fakcie pamiętać. Z pewnością niektórych zszokowałoby nazywanie na przykład Mickiewicza nacjonalistą, być może jednak warto zabiegać o utożsamienie tak wielkich postaci z tym określeniem.

Współpraca endeków z socjalistami

Myliłby się ten, kto by stwierdził, że ruch narodowy szybko się od tych lewicowych konotacji odciął. Historiografia obozu narodowego dostatecznie dowiodła już, że endecy aż do 1904-1905 roku widzieli możliwość współpracy z Polską Partią Socjalistyczną i innymi grupami socjalistycznymi, w których swoje pierwsze kroki stawiało przecież wielu później-szych przywódców endecji, by wspomnieć tylko Zygmunta Balickiego czy braci Grabskich. Oczywiście zdarzały się zgrzyty, na ogół jednak łagodzone. Stosunki zaczęły się drastycznie psuć od około 1898 roku i odsłonięcia pomnika Mickiewicza w Warszawie, gdy doszło do konfliktu między oboma środowiskami patriotycznymi o stosunek do uroczystości. Jak słusznie zauważa w inspirującej, choć pisanej z liberalnych pozycji, pracy Kiedy nacjonalizm zaczął nienawidzić Brian Porter-Sz˝ucs, zadecydowała tu sprawa taktyki, nie ideologii. Jeszcze w 1903 roku konserwatysta Erazm Piltz pisał o socjalistach i endekach, ujmując obie grupy pod nazwą „stronnictw skrajnych”, mających zbliżone cele. Współ-praca między PPS a endecją nie sprowadzała się jedynie do pomocy przy kolportażu druków, widziano w niej również realizację pewnych wspólnych postulatów z szerzeniem ideałów demokratyzmu (przez endeków uważanego za podstawę wyjściową do nacjonalizmu) na czele. Dla samych socjalistów Roman Dmowski potrafił znaleźć niejedno ciepłe słowo, jak możemy się przekonać czytając sztandarową dla tych czasów broszurę ruchu, jaką był wydany w 1894 roku „Nasz patriotyzm”. Dodajmy, że była to współpraca w dużym stopniu wymierzona w ugodowych konserwatystów, których bezmyślną służalczość zaborcom krytykowano w obu ruchach nieustannie. Ruch narodowy tych czasów wiele inspiracji czerpał z autorów zachodniej myśli lewicowej i postępowej (takich jak E. Bellamy), ulegając również pewnym tendencjom antyklerykalnym, przy czym była to raczej niechęć wobec hierarchów, niż zwykłych księży, których często doceniano, jako podnoszących moralnie lud.

Upadek myśli konserwatywnej

Rewolucja 1905 roku zmieniła położenie endecji, która zyskała teraz możliwość zaistnienia w polityce na znacznie większą skalę. Z drugiej strony, narodowcy widząc w rewolucji zagrożenie przekształcenia się w kolejne skazane na klęskę powstanie, po raz pierwszy tak radykalnie oddalili się od socjalistów. Warto podkreślić, że mimo, iż dostrzegano pewien zgubny wpływ idei popularnych na lewicy, to gwałtowne odcięcie było raczej wynikiem wyboru innej drogi politycznej niż różnic ideologicznych. Te zaczęły jednak narastać. Endecja, wraz z ekspansją swoich wpływów politycznych, ciąży z pewnością ku mieszczańskiej prawicy. Daleko jej jednak do stania się ruchem integralnie konserwatywnym. Trzeba mieć świadomość, że nawet po wyraźnym potępieniu koncepcji powstańczej, Dmowski podkreśla, że nie dokonuje tego z pozycji konserwatysty. Od ugodowców w rodzaju Wielopolskiego odcina się na każdym kroku, widząc w taktyce obranej przez ruch narodowy coś zupełnie nowego i nie związanego z konserwatywną wizją stosunków społeczno-politycznych. Miażdżąca krytyka nurtów zachowawczych, zawarta w Upadku myśli konserwatywnej w Polsce z 1914 roku jest dobrą przestrogą dla wszystkich wielbicieli konserwatyzmu. Nurt ten podobnie jak w czasach Dmowskiego ma wrodzone tendencje do alienowania się od własnego społeczeństwa, które to tendencje jedynie nielicznym konserwatystom udaje się przełamać. Ale o tym później.

Okres aż do 1926 r. to utwierdzanie się ruchu narodowego na tych pozycjach. Endecja tych lat jest ruchem umiarkowanie prawicowego nacjonalizmu, sprzyjającego katolicyzmowi, acz nie wyznaniowego, raczej wolnorynkowego (czemu była wyraźnie niechętna w pierwszym okresie istnienia), ale bardzo dalekiego od skrajności prezentowanej przez niektórych dzisiejszych apologetów myśli Rybarskiego czy Heydla, opowiadającego się za republiką parlamentarną, choć z silną władzą wykonawczą. Warto dodać, że mimo dość prawicowych konotacji, nawet w tym okresie endecy wcale nie tak często używają określenia „prawica” dla swoich poglądów. Jest ono zarezerwowane głównie dla środowisk konserwatywnych, narodowcom przypisują je na ogół oponenci (widać to nawet dziś, w rozmowach z żyjącymi jeszcze seniorami ruchu narodowego, zaliczającymi się do „młodych” obozu narodowego, jak Wiesław Chrzanowski stroniący od określenia „prawica”). Zachowawczy stosunek do szeregu zagadnień jest w pismach Grabskiego czy Gąbińskiego motywowany interesem narodowym. Ich „konserwatyzm” jest zdecydowanie podporządkowany nacjonalizmowi. Jakkolwiek nie da się też nie zauważyć, że ruch narodowy tego okresu wykazuje wyraźne tendencje do okopywania się na pozycjach coraz mniej odpowiadających duchowi tamtych czasów. Można rzec, że endecja czasów sejmokracji wyraźnie gnuśnieje, i to chyba właśnie w wyniku przesuwania się na pozycje zachowawcze. Jest to również chyba najmniej twórczy okres w historii ruchu narodowego przed II wojną światową, zdecydowanie ustępujący dorobkowi zarówno wczesnej endecji, jak i publicystyce pokolenia Młodzieży Wszechpolskiej i Obozu Narodowo-Radykalnego z lat trzydziestych. Gwałtowne odcięcie się Dmowskiego i „młodych” od tych tendencji jest tutaj znamienne.

Nie prawica nie lewica

Również po roku 1926 narodowcy niechętnie określali się mianem prawicy. Po części wynikało to zapewne z zakorzenionego od dekad w tym ruchu przeświadczenia, że będą w stanie objąć swoimi wpływami cały naród, nie dzieląc go na partie. Z drugiej strony, przeglądając endecką oraz narodowo-radykalną publicystykę tego okresu również nie natkniemy się często na nawiązania do prawicowości. Krytyka konserwatystów jest utrzymana, narodowcy zresztą w samych sobie widzą obrońców tradycji i wartości chrześcijańskich, znacznie skuteczniejszych i prawdziwszych niż anachroniczni reakcjoniści. Ruch narodowy tych lat nabiera wyraźnego odcienia tradycjonalistycznego (przyjmijmy to określenie dla potrzeb tego tekstu), dochodzi do rzeczywistego stopienia się polskiego nacjonalizmu z ideałami katolickimi. Warto zauważyć jednak, że ów tradycjonalizm nie łączył się z charakterystycznym dla olbrzymiej większości ruchów konserwatywnych stawianiem nacisku na formy, przesłaniającym wręcz istotę tego co zwiemy tradycją. Niektóre odłamy ruchu narodowego takie jak RNR-Falanga, postulowały wręcz zerwanie z tym co nazywano polskim charakterem narodowym i stworzenie „Nowego Człowieka”, wolnego od bierności i wad charakterystycznych dla naszego narodu, a jednocześnie trwającego przy odwiecznych wartościach oraz rozwijającego je. Hasła te były nie tylko wynikiem zafascynowania podobnym sposobem myślenia, głoszonym w ruchach narodowo-radykalnych zza granicy, ale także twórczym podjęciem idei, które przecież głosił już Roman Dmowski w Myślach nowoczesnego Polaka. Dzieło to jest przecież jednym wielkim rozrachunkiem z tym, co wcześniej zwano polskością oraz postulatem budowy polskości nowej. Jest krytyką Polaka dawnego i głosi potrzebę zmiany go w kogoś obdarzonego zupełnie innymi cechami. Można chyba powiedzieć, że to już Dmowski pisząc o „nowocze-snym Polaku” chciał stworzenia „Nowego Człowieka”. Idea to zupełnie niekonserwatywna i nieprawicowa.

W środowiskach „młodych” również z innych odłamów dążenia te były popularne, choć ubierano je na ogół w mniej radykalne sformułowania niż w RNR. Naturalnie, z drugiej strony pojawiały się również (szczególnie u publicystów ONR-ABC, takich jak Juliusz Sas-Wisłocki) hasła przywołujące integralny konserwatyzm, z odbudową monarchii na czele, jednakże nie widać tu tak charakterystycznego dla konserwatyzmu dążenia do sprowadzenia ludu do roli czynnika biernego rękach monarszego dworu. Naród jako całość w koncepcji polskich nacjonalistów jest aktywny, to on kreuje rzeczywistość. Jego elity podlegają, w myśl twierdzenia Vilfredo Pareto, ciągłemu ruchowi i nieustannie są zasilane przez wybijające się aktywnością oraz zdolnościami jednostki pochodzące z ludu. Ten w myśli narodowej nie siedzi cicho i potulnie, pozostawiając elitom pełnię władzy, jakby chcieli konserwatyści. Ruch narodowy lat trzydziestych jest ruchem przepełnionym nawiązaniami do wielowiekowego dziedzictwa polskości, jest ruchem szczerze katolickim, gloryfikuje tradycję, ale nie jest konserwatywny, bo odrzuca zastój, bierność i bezczynność, jakie proponują zwolennicy idei zachowawczych.

Idea narodowa w obliczu zagłady narodu

Czasy II wojny światowej to dalszy rozwój tych tendencji. Polski nacjonalizm dalej ulega wpływom chrześcijańskiego uniwersalizmu, ostrze nacjonalizmu polskiego staje się nieco stępione, jednakże powyżej opisana istota nie podlega specjalnym zmianom. Po roku 1945 na emigracji dochodzi do ciekawej sytuacji. Skrzydło giertychowskie w SN staje na pozycjach ortodoksyjnych, nieraz wręcz talmudycznych, broniąc niemal wszystkiego co napisano w ruchu narodowym przed wojną. Słowo „prawica” w odniesieniu do polskiego nacjonalizmu jest dla Jędrzeja Giertycha nieadekwatne, bo niewystarczające. Dla niego endecja, mimo że jej idee są w większości prawicowe, oznacza coś znacznie bardziej konkretnego. Ruch narodowy to określone podejście do polityki zagranicznej, wewnętrznej, do historii Polski itd. Drugi, liczniejszy odłam endeckiej emigracji, symbolizowany przez Tadeusza Bieleckiego, a także (jako ideologa) Wojciecha Wasiutyńskiego przez kilka dekad dryfuje w stronę dość umiarkowanej konserwatywnej prawicy. Przy zachowaniu niektórych endeckich pryncypiów (prymat narodu nad państwem), nurt ten odcina się od wszelkiego radykalizmu. Antykomunizm prowadzi go do zaakceptowania wielu szkodliwych tendencji, trapiących narody zachodu. Zainfekowanie idei narodowej demoliberalizmem idzie tu czasem bardzo daleko. Widać to nawet na jednym z filmów z wczesnych lat dziewięćdziesiątych, gdzie Wasiutyński stwierdza, że Polska ma przed sobą najlepsze perspektywy w całej swojej historii. Nie chcę tu oczywiście zarzucać wybitnej postaci, jaką był niewątpliwie Wasiutyński, chęci sprowadzenia naszego kraju na dokładnie tę drogę, którą podążał wtedy już od kilkudziesięciu lat zachód, niemniej pewne tendencje w tym środowisku są niestety aż nadto widoczne. Symptomatyczne, że część środowisk emigracyjnej endecji dała się nawet ponieść „antyrasistowskiej” nagonce na organizacje nacjonalistyczne w zachodniej Europie, takie jak francuski Front Narodowy, jakby nie dostrzegając, że z tego typu ruchami więcej je łączy niż dzieli. Jak ta ewolucja się dla omawianej frakcji ruchu narodowego zakończyła mogliśmy oglądać kiedy powstałe pod patronatem Wasiutyńskiego Zjednoczenie Chrześcijańsko-Narodowe bez większych zastrzeżeń popierało integrację naszego kraju z NATO czy UE. Jeszcze dobitniej o manowcach, na jakie sprowadziły ruch narodowy demoliberalne („konserwatywne”) inspiracje sączone niestety już w czasach emigracyjnych świadczą losy owych ZChN-owskich polityków, niedawno otwarcie powołujących się na Dmowskiego, dziś robiących kariery w PiS i PO. Podobny epilog miał również drugi znaczący flirt ruchu narodowego z demoliberalną wersją „prawicy”.

Aktualnie w środowiskach odwołujących się do spuścizny ruchu narodowego widać różne tendencje. Powołania na bliskość ideową oraz identyfikację z prawicowością są jednak normą, niezależnie od tego co ta „prawicowość” ma oznaczać. Upieranie się przy podziale, którego korzenie tkwią w końcówce XVIII wieku, a na dodatek twarde obstawanie przy jednej ze stron tego sporu może znacząco zaciemniać obraz dyskusji. Warto przyjrzeć się jak wyglądało to do tej pory.

Czy podział na lewicę i prawicę ma sens?

Przypomnijmy – u swoich początków podział na lewicę i prawicę służył rozróżnieniu między frakcjami we francuskim Zgromadzeniu Narodowym. Prawicą określano arystokrację i duchowieństwo, zwolenników trwania dotychczasowego systemu, lewicą zaś domagający się zmian stan trzeci, następnie radykałów i jakobinów. Już u korzeni tego podziału tkwiła pewna niekonsekwencja – po usunięciu dawnych warstw rządzących, na prawicy znaleźli się żyrondyści, ugrupowanie liberalne, burżuazyjne, acz niechętne dalszym zmianom. Niemniej jednak, utrwaliło się wówczas nazywanie prawicą konserwatystów. Im bardziej był ktoś niechętny nowemu porządkowi, jaki Europie niosły rewolucje tego czasu, tym bardziej był prawicowy. Trzeba w tym miejscu wyraźnie zaznaczyć (a przeróżnym konserwatywnym liberałom przypomnieć), że ówczesna prawica była wyraźnie niechętna liberalizmowi gospodarczemu, obstając przy dawnych porządkach społeczno-ekonomicznych, broniąc pozostałości po feudalizmie, ustroju cechowego w miastach itd. W liberalizmie gospodarczym widziała prawica, całkiem słusznie zresztą, siłę niszczącą tradycyjne wspólnoty, nieraz odrywającą lud od swoich korzeni. W poglądach XIX-wiecznych konserwatystów naturalną postawą było popieranie protekcjonizmu gospodarczego. Poparcie dla rozwijającego się kapitalizmu było domeną sytuujących się na lewicy liberałów, będących zresztą zwolennikami uwolnienia rynku z tych samych powodów, dla których krytykowali wolny rynek konserwatyści. Rzecz to zapewne niewyobrażalna dla przeciętnego dzisiejszego konserwatysty, aby popierać daleko idącą ingerencję państwa w rynek. Podobnie było ze stosunkiem do ochrony przyrody, którą w XIX wieku popierali konserwatyści przeciwko liberałom i socjalistom, na ogół zwolennikom nieskrępowanego postępu technicznego.

Można tu dalej wyliczać zmiany jakie zaszły w definiowaniu prawicowości. W ostatnich dekadach naturalnie najbardziej rzuca się w oczy sytuacja prawicy zachodnioeuropejskiej. Kto by na zachodzie w latach pięćdziesiątych pomyślał, że można określać się prawicowcem i jednocześnie być zwolennikiem aborcji czy też przyznawania specjalnych praw homoseksualistom, tak jak to mamy w przypadku całej gamy partii „konserwatywnych” z zachodu? Podobnym zmianom podlegało przecież pojęcie lewicowości. Przykładowo, wspomniany temat praw dewiantów seksualnych był jeszcze względnie niedawno przede wszystkim domeną środowisk liberalnych, na socjalistycznym czy komunistycznym skrzydle lewicy występował raczej z rzadka (znajdziemy za to całe zastępy komunistów czy socjalistów otwarcie tępiących homoseksualizm i to daleko brutalniej niż najskrajniejsi prawicowcy). Od kilku dekad skrajna lewica podejmuje go na równi z prawami pracowniczymi. Naturalnie w Polsce możemy mówić, że to przykłady patologiczne, niemniej jednak dotyczą one całej zachodniej części naszego kontynentu, a w kilku miejscach wdzierają się również do naszego regionu. Ciężko w takiej sytuacji jest próbować zaklinać rzeczywistość twierdzeniami, że cały współczesny świat został pożarty przez lewicę, tym bardziej jeśli, jak wspomnieliśmy, ta w przeszłości bardzo często się tego typu patologiom sprzeciwiała.

Teoretycznie istnieją pewne niekwestionowane wyznaczniki prawicowości, jak i lewicowości, oznaczające dla tej pierwszej szacunek dla tradycyjnych wartości, uznanie roli religii, niechęć do gwałtownych zmian, a dla tej drugiej materializm czy ukierunkowanie na człowieka, jednakże kurczowo trzymając się ich również znaleźlibyśmy wiele problemów z podporządkowaniem temu podziałowi często całkiem kluczowych ruchów politycznych. Są to również wyznaczniki, za pomocą których nie jesteśmy w stanie odpowiedzieć na pytanie jakie stawia przed nami temat niniejszego tekstu, a mianowicie czy ruch narodowy jest prawicą. Sprawa jest skomplikowana i z pewnością wszystko będzie zależeć od definicji, które jak widać dość szybko potrafią się zmieniać. Przesłanki decydujące o zdefiniowaniu prawicowości oraz lewicowości u korzeni tych pojęć dawno już uległy zatarciu. W ich miejsce pojawiły się nowe problemy, do których poszczególne stronnictwa musiały się odnieść, a często stanowiska te nie były konsekwentne. Pojęcia prawicowości i lewicowości ewoluują nieraz tak daleko, że można się zastanawiać czy owe etykietki mają w poważnej dyskusji jakikolwiek sens. Wydaje się, że merytoryczną debatę zaciemniają.

Co ma prawica do zaproponowania nacjonalizmowi?

Odpowiadając na pytanie czy ruch narodowy jest ruchem prawicowym, warto zastanowić się nad tym, jak wyglądają (i wyglądały) związki nacjonalizmu z poszczególnymi ideologiami, które prawicowymi się określają same i których wyznawcy co do swojej pra-wicowości nie mają wątpliwości.

Jak już w kilku miejscach wspomniano, konserwatyzmowi często nie było po drodze z nacjonalizmem. Przedstawiciele tego nurtu często nie byli w stanie zrozumieć przemian jakie zachodziły w otaczającym ich świecie. Zaiste, jako ludzie przywiązani do tradycji powinniśmy mieć za złe konserwatystom ich upór w trwaniu przy rzeczach niemożliwych do obrony. Zamiast ratować to, co naprawdę powinno być dla nich ważne – istotę tradycji, zasadę autorytetu, religijność ludu, konserwatyści koncentrowali się na chronieniu starych, od dawna nie spełniających swojej roli struktur władzy, anachronicznego porządku społecznego, który dusił warstwy niższe, chcące wybić się na niezależność względem dotychczasowych protektorów. Trzeba to powiedzieć otwarcie, Europa przełomu XVIII i XIX wieku to nie był stary, dobry świat tradycji i równowagi społecznej, charakteryzujący po części wieki średnie. Warstwy rządzące, szlachta, arystokracja od dawna nie pełniły już roli, która w średniowieczu zapewniała im panowanie. O ile przodkowie ówczesnej szlachty zawdzięczali swoją pozycję stałej gotowości do obrony swoich podwładnych, króla i kraju, to ona sama zajmowała się przede wszystkim gromadzeniem i marnotrawieniem swoich majątków. Z biegiem lat niższe warstwy społeczeństwa coraz mniej godziły się ze swoim upośledzeniem względem szlachty, i to dziwić nie może. Zjawisko to jest typowe dla całego kontynentu. Konserwatyści XIX-wieczni bronili dawnego systemu widząc w nim element tradycji. W dużym stopniu z pewnością tak było. Trwanie od setek lat takiego systemu uczyniło z upośledzenia warstw niższych stan naturalny, a ludzie przywiązani do tradycji widzieli w zwolennikach zmian ludzi chcących zniszczyć cały obowiązujący porządek, z tradycją sensu stricto włącznie. Nie trzeba dodawać, że z czasem prądy reformatorskie rzeczywiście nabrały cech wybitnie antytradycyjnych i z pełnym zapału radykalizmem te niszczycielskie zapędy wcielały w życie. Można jednak sądzić, że nie musiało tak być. Przecież najwięksi radykałowie doby rewolucji, tacy jak Robespierre jeszcze w roku 1789 byli konstytucyjnymi monarchistami, którym zapewne nie śniło się, że za kilka lat może nastąpić upadek i ścięcie króla. Sytuacja rewolucyjna bardzo szybko wyzwoliła radykalizację postaw, jednakże wysoce prawdopodobnym jest, że w wypadku sprawnego rozładowania społecznego napięcia, jakie przyniosły lata poprzedzające zburzenie Bastylii dałoby się ocalić wiele elementów Ancien Regime’u, z instytucją monarchii włącznie. Odrębnym zagadnieniem jest oczywiście kwestia powszechności idei oświeceniowych w tamtych czasach oraz destrukcyjnego ich wpływu na szerokie rzesze ludności. Ciężko powiedzieć czy w wypadku przetrwania tradycyjnych instytucji (pamiętajmy, że istniały one od kilkunastu wieków, a sytuacja, w której znajdujemy się od 200 lat jest na ich tle pewnym novum, do którego mogło nigdy nie dojść), oświecenie z czasem nie odeszłoby do lamusa jako jedna z wielu herezji w europejskiej historii czy też trwałoby dalej, z pewnością jednak nie miałoby ono takich możliwości ekspansji jak stało się to po rozmontowaniu systemu Burbonów, a następnie kolejnych trakcyjnych monarchii. Wydaje się, że zwolennicy trwania przy dawnym porządku i nie ustępowania przed zmianami jakie niosły ze sobą zjawiska takie jak demokratyzacja ponoszą olbrzymią część winy za stan w jakim znajduje się nasza cywilizacja obecnie. Upór reakcyjnych monarchów i skupionych wokół nich stronnictw arystokratycznych pogrążał sprawę obrony tradycji w ciągu kolejnych europejskich wstrząsów z Wiosną Ludów na czele. Powodował on nasiąkanie obozu przeciwnego najbardziej antytradycyjnymi i antyreligijnymi ideami.

Trzeba powiedzieć, że w całym tym XIX-wiecznym sporze to obóz rewolucji reprezentował siły narodowe. Siły konserwatywne widziały w narodzie swojego wroga bardzo długo. W okresie zjednoczenia Niemiec to pruscy konserwatyści byli najbardziej sceptycznym temu pomysłowi środowiskiem. Jedyny ich przedstawiciel rozumiejący ducha czasów, jakim był Otto von Bismarck, musiał się w tej sprawie opierać na innych siłach z narodowymi liberałami na czele. Podobnie rzecz się ma w innych jednoczących się w tym okresie krajach – Włoszech i Rumunii. Znamiennym jest, że po akcie zjednoczenia konserwatyści modernizują swoją ideologię, szybko stając się nacjonalistami. W Niemczech odbyło się to za wzorem samego Bismarcka, którego całkiem słusznie Engels zwał „rewolucjonistą w białych rękawiczkach”. Żelazny Kanclerz, mimo niewątpliwej atencji dla świata, w którym wyrósł, widział rosnące znaczenie czynnika narodowego. Nie robił sobie również problemu z legitymistycznymi prawami monarchów północnoniemieckich, których państewka wchłaniał dla chwały rodzącej się narodowej Rzeszy. Nawiasem mówiąc, jego pionierskiego ustawodawstwa socjalnego wielu dzisiejszych konserwatystów by mu w tamtych czasach nie wybaczyło. Nie bał się współpracować z socjalistą Lassalle’m i to w tak postępowej sprawie, jak wprowadzenie powszechnego prawa wyborczego. Bismarck był konserwatystą wyjątkowym, potrafiącym dla dobra tego co się da ocalić, odrzucić to co było nie do obronienia. Mimo, że zjawisko zespolenia tradycji państwowych poszczególnych krajów z nacjonalizmem stawało się, często wzorem II Rzeszy właśnie, w ówczesnej Europie coraz powszechniejsze, to w tak przetworzonych państwach konserwatyści i tak nieraz lądowali na pozycjach, którym wierni byli do tej pory. Na pozycjach stanowego egoizmu i niedopuszczania do umiarkowanych nawet przemian, na których przecież tradycja nie musiała drastycznie ucierpieć. Również w późniejszych czasach stronnictwa konserwatywne, tam gdzie się uchowały jako odrębne siły polityczne, reprezentowały podobne tendencje, na przykład konserwatyści w II RP. Tradycja polityczna wielokrotnie sytuowała konserwatystów bardzo daleko od nacjonalizmu.

Czy dziś idee konserwatywne, reakcyjne, monarchistyczne mają nam coś do zaoferowania?

Nie wydaje mi się. Spory o to, która linia Burbonów ma prawo do tronu Francji, postulaty powrotu społeczeństwa do przedrewolucyjnej bierności (nawet gdyby były możliwe do zrealizowania), hasła decentralizacji idącej na tyle daleko, że prowadzącej w dzisiejszych czasach do demontażu państwa nie są w stanie wnieść nic twórczego do nowoczesnej idei narodowej. Naturalnie nie wspominam o hasłach potępienia nacjonalizmu jako wynalazku rewolucji francuskiej, a takie przewijają się nieraz przez publicystykę naszych reakcjonistów. Podobnie postulaty prowadzenia wiernopoddańczej wobec któregoś z obcych mocarstw polityki (swoją drogą dobrze wpisujące się w tradycję przynajmniej polskiego konserwatyzmu), głoszone przez niektóre środowiska monarchistyczne nie wzbogacą doktryny nacjonalizmu. Ruchowi narodowemu wciąż winny przyświecać słowa twórcy Falangi hiszpańskiej Jos´e Antonio Primo de Rivery „My nie chcemy nic wiedzieć o de Maistrze. Nie jesteśmy reakcjonistami”.

Rewolucja konserwatywna

Pewnym wyjątkiem jest nurt rewolucji konserwatywnej, powstały w Niemczech w lat dwudziestych XX wieku, w dużej mierze pod wpływem przeżyć jego twórców w trakcie I wojny światowej i obserwowanej wówczas totalnej mobilizacji mas. Zdaje się jednak, że rewolucja konserwatywna, pomimo swojej nazwy, niewiele ma wspólnego z konserwatyzmem sensu stricto, a już z pewnością z przeważającą większością konserwatywnych ugrupowań występujących na przestrzeni wieków. Konserwatywni rewolucjoniści za nic sobie mieli formy (takie jak monarchia), co byłoby niewyobrażalne dla zwykłych konserwatystów, koncentrując się na pierwiastkach rzeczywistej tradycji, które usiłowali wdrożyć w nowoczesne formy. Jak mówił Ernst Jünger „tradycja to nie ustalona forma, ale żywy i wieczny duch, za którego manifestację odpowiedzialne jest każde pokolenie”. Poglądy przedstawicieli tego nurtu na wiele spraw zupełnie nie przystawały do zachowawczego kanonu. Przykładowo, konserwatywni rewolucjoniści, będący zresztą w każdym calu nacjonalistami, za przedmiot ogromnej fascynacji wybrali sobie Rosję Radziecką, jako siłę zdolną w sojuszu z Niemcami zniszczyć cywilizację mieszczańską. Wydaje się, że w ogóle nazywanie na przykład wczesnego Jüngera, mającego wówczas poglądy niemalże narodowo-bolszewickie, „konserwatystą” zakrawa na absurd. Przekonania Spenglera, Jüngera, Moellera van der Brucka czy Salomona mogą i powinny stanowić przedmiot zainteresowań nacjonalisty nie tylko ze względu na szczerze narodowe zapatrywania ich autorów, ale także na rozłożenie akcentów, dbanie o fundamenty tego, co nazywamy tradycją, zamiast koncentrowania się na zużytych formach.

Rzeczą naturalną jest oczywiście pozytywny stosunek do konserwatyzmu obyczajowego. Ten jednak jest jedynie postawą, i to niekoniecznie związaną z konserwatyzmem rozumianym w sensie politycznym. Mamy wiele dowodów na to, że konserwatyzm obyczajowy może charakteryzować różne warianty innych ideologii.

Sojusz z liberalnymi nacjonalistami?

Nurtem jeszcze częściej niż reakcyjny konserwatyzm darzonym sympatią przez współczesnych polskich nacjonalistów jest konserwatywny liberalizm. Sami konserwatywni liberałowie są zresztą nikim innym jak klasycznymi liberałami, którzy po drastycznym wypchnięciu rzeczywistych konserwatystów poza nawias debaty publicznej, przejęli część ich cech. Liberalizm, postulując indywidualizm oraz prymat interesu jednostki nad dobrem społeczeństwa, sam w sobie jest sprzeczny z nacjonalizmem.

Zdarzały się też w historii przykłady ruchów określających się mianem liberalnych, a jednocześnie reprezentujących narodowe poglądy. Przykładowo, niemiecka Partia Narodowo-Liberalna była jednym z głównych motorów zjednoczenia narodu. Podobnie rumuńscy liberałowie Aleksandra Cuzy zjednoczyli Rumunię, a włoscy Cavoura (zaraz po demokratach Garibaldiego) mieli udział w zjednoczeniu Włoch. Nacjonalizmu nie da się odmówić socjalnym liberałom francuskim pokroju Gambetty czy Clemenceau. Nieco później, greccy liberałowie Venizelosa realizowali wielkogrecki program swojego przywódcy. Dodajmy, że ówczesny liberalizm nie musiał się łączyć z admiracją dla wolnego rynku. W przypadku greckim czy francuskim był on centralistyczny i raczej protekcjonistyczny gospodarczo. We wszystkich omawianych przypadkach dało się dostrzec mniejszy lub większy antyklerykalizm.

Można się zastanawiać ile w omawianych ruchach było liberalizmu. Z całą pewnością w przekonaniu przywódców tych ruchów pierwszeństwo przyświecało interesowi narodowemu, dopiero zaś w ramach nacjonalistycznego, jeśli trzeba, brutalnie egzekwującego swoje prawa państwa, można było myśleć o realizacji przysługujących człowiekowi wolności. Charakterystyczne jest potępienie przez polskich pozytywistycznych liberałów obłudy, jaką mieli wykazywać ich niemieccy odpowiednicy germanizujący Wielkopolskę i popierający Kulturkampf. Trzymając się ściśle definicji liberalizmu, a jednocześnie nie deprecjonując wolnościowych aspektów owych ruchów, omawiane przypadki nie był li-beralizmami sensu stricte, a raczej nacjonalizmami o pewnym zabarwieniu liberalnym. Z konserwatywnym liberalizmem w wydaniu np. Janusza Korwin-Mikkego nie miały prawie nic wspólnego. Postrzeganie świata przez „korwinistów”, charakteryzujące się doklejaniem etykietki „socjalisty” każdej osobie nie mającej skrajnie wolnorynkowych poglądów ekonomicznych, oraz ocenianie rzeczywistości przez ich pryzmat wręcz wyklucza nacjonalizm.

Ten ostatni, przy całej różnorodności form jakie w swojej historii wytworzył, nie definiował się nigdy poprzez dogmatyczny związek z liberalnym podejściem do gospodarki. Wiele już napisano na ten temat, trzeba jednak powtórzyć, że polskich konserwatywnych liberałów charakteryzuje wybitnie materialistyczny pogląd na świat. Sprowadzanie wszystkiego do zjawisk ekonomicznych paradoksalnie sytuuje ich blisko marksizmu. Nie dziwi to jeśli wziąć pod uwagę, że, jak już wspomniano, konserwatywny liberalizm jest po prostu klasycznym liberalizmem – ideologią odartą z metafizyki, przyziemną, od socjalizmu różniącą się głównie ukierunkowaniem na jednostkę, nie na jakkolwiek pojętą wspólnotę. Istotnie, na przestrzeni dziejów socjalistom znacznie łatwiej niż indywidualistycznym liberałom przychodziły metamorfozy w również afirmujących wspólnotowość nacjonalistów. W przeciwieństwie do socjalizmu, ciężko wyobrazić sobie liberalizm heroiczny. Naturalnie znamy z historii ludzi potrafiących oddać życie również za tę ideologię, ciężko jednak wyobrazić sobie to w masowej skali. Sympatycy Unii Polityki Realnej oraz kolejnych jej mutacji charakteryzują się również uznaniem dla pewnych zasad konserwatywnych, takich jak rola autorytetu czy państwa. Część z nich (np. niektóre zachowawcze postulaty obyczajowe) naturalnie jest do pogodzenia z nacjonalizmem, czy nawet jest przez nacjonalizm pożądana. Inne, takie jak prymat państwa nad narodem należy z punktu widzenia idei narodowej bezwzględnie odrzucić. Konserwatywny liberalizm w swoim całokształcie, z afirmacją interesów jednostki i dogmatyzmem jest nurtem krańcowo odległym od nacjonalizmu.

Europejska centroprawica i chadecja

Podobnie rzecz ma się z innymi współczesnymi nurtami prawicy. Dominującym w całej Europie jest tzw. centroprawica, określana wymiennie mianem chadecji. Na zachodzie wywodzi się on na ogół z realnie działających kilka dekad temu partii łączących elementy Katolickiej Nauki Społecznej z demokratyzmem, na wschodzie przede wszystkim z opozycyjnych wobec komunizmu środowisk. Trzeba zaznaczyć, że w obu przypadkach partie te łączy dziś daleko posunięta bezideowość i brak realnych nawiązań do ruchów, które legły u podstaw tej formacji politycznej. Skrystalizowaną tożsamość prawicową czy też „konserwatywną” prezentują głównie w sferze werbalnej, natomiast w krajach Europy Zachodniej bliskie są im libertyńskie wręcz poglądy społeczno-obyczajowe. Nie trzeba tu chyba szczegółowo omawiać jak daleko zaszło w partiach chadecji niemieckiej, holenderskiej czy hiszpańskiej zakażenie demoliberalizmem. O ile siły te z rzadka jedynie są inspiracją dla osób poczuwających się do poglądów narodowych w Polsce, to sytuujące się nieco bardziej na prawo partie, takie jak de facto liberalna Partia Niepodległości Zjednoczonego Królestwa (UKIP) Nigela Farage’a czy odarta z nacjonalizmu na długo przed własną dekompozycją Alleanza Nazionale Finiego (jej ewolucja i żałosny koniec niech będą przestrogą dla chcących łączyć nacjonalizm z demoliberalizmem) już czasem znajdują naśladowców. Wynika to najczęściej z niewiedzy na temat rzeczywistych poglądów wspomnianych grup oraz podskórnej potrzeby identyfikacji z ruchami, którym zarzuca się antyeuropejskość czy ksenofobię, a które nie wydają się naszym prawicowcom „oszołomskie”.

Narodowiec Orban?

Podobne zjawisko, choć na większą skalę obserwujemy od 2010 r., kiedy wybory na Węgrzech wygrał Fidesz Viktora Orbana. Partia ta, będąca już w przeszłości u władzy, jest od kilkunastu miesięcy obiektem podziwu naszych rodzimych prawicowców różnych odcieni. Euforii zdaje się dawać ponieść również część narodowców, dostrzegających w Fideszu ruch mogący, co prawda w ramach systemu demoliberalnego, przywrócić w swoim kraju szacunek dla interesu narodowego oraz tradycji chrześcijańskiej. Niestety, fakty zmuszają do bardziej złożonej oceny sytuacji. Większość pozytywnych zmian, jakie udało się przeprowadzić Fideszowi ma charakter czysto symboliczny. Zmiana nazwy państwa, chrześcijańska preambuła czy też zapisy o ochronie życia poczętego nie są w stanie przesłonić braku realnych działań. Przykładowo, w sprawie aborcji poza akcją rozwieszania plakatów pro-life, Fidesz nie zrobił nic, pomimo że ma odpowiednie środki (parlamentarna większość) do zakazania tego zgubnego dla węgierskiego narodu procederu. Fakt, że większość Węgrów sprzeciwiłaby się zakazowi aborcji niewiele znaczy wobec doświadczeń polskich z lat dziewięćdziesiątych. Fidesz nie podejmuje realnych działań w tym kierunku z prostego powodu – wśród jego posłów nie byłoby zgody co do głosowania za życiem. Podobnie w sprawach Unii Europejskiej. Mało kto pamięta jak wielkim entuzjastą Traktatu Lizbońskiego był Orban. Niestety, partia Viktora Orbana niewiele różni się od innych centroprawicowych ugrupowań, a zdecydowana większość naprawdę interesujących z tożsamościowego punktu widzenia postulatów przez nią podejmowanych pochodzi z programu nacjonalistów z Jobbiku (mającego aktualnie wśród Węgrów w przedziale wiekowym 18-35 lat około 40% poparcia). Fidesz jest partią niewiele różniącą się od polskiego PiS-u, mającą jednak znacznie większe możliwości działania. Mimo to, ekipa Orbana nie zamierza podjąć rzeczywistych zmian.

Kserorepublikanie rodem z USA

Poklask polskiej prawicy dla Orbana i jego działań porównywalny jest chyba jedynie z egzaltacją wobec amerykańskich republikanów. Ci, mimo że na swoim pokładzie mają wielu zwolenników aborcji, homoseksualizmu, a także ludzi, których można najłagodniej określić mianem wariatów, nieustannie cieszą się admiracją centroprawicowych publicystów w naszym kraju. Dla nich USA jest przeciwieństwem zepsutej Europy zachodniej, zapewniającym wolność Polski przed zakusami Rosji. Ostatnio redakcja popularnego serwisu Fronda.pl zaskoczyła wielu swoich czytelników wyznaniami Tomasza Terlikowskiego i Łukasza Adamskiego o ich religijnym wręcz podziwie dla najbliższego sojusznika Stanów Zjednoczonych – Izraela. Standardowym (i absurdalnym, dodajmy) tezom o obronie Europy przez wspomniany tandem towarzyszyło przekonanie o roli Izraela jako czynnika, który umożliwi nadejście Mesjasza. Miejmy nadzieję, że retoryka ta, zapożyczona ze zborów południowych stanów USA (jeden z głównych segmentów elektoratu Grand Old Party) nie przyjmie się w Polsce na większą skalę. Proamerykanizm polskiej centro-prawicy jest jednak niekwestionowanym faktem.

Całkowity brak korzyści wyciąganych z udziału w kolejnych misjach wojskowych USA nie przeszkadza rodzimym prawicowcom w czołobitnym popieraniu kolejnych wojennych eskapad na Bliski Wschód. Wystarczy przypomnieć jeden z artykułów Ludwika Dorna, postulujący pełne poparcie Polski dla ataku na Iran.

Narodowiec nie ma czego szukać w tego typu wynurzeniach. Nurt centroprawicowy, reprezentowany zarówno przez środowiska Platformy Obywatelskiej, jak i Prawa i Sprawiedliwości oraz jego odprysków jest główną podporą obecnego systemu. Ideowo na ogół nie jest w stanie wysilić się na nic więcej ponad kopiowanie wzorców z zagranicy. Jego istnienie nie przynosi Polsce nic dobrego, a z ubóstwa intelektualnego oraz bezideowości nie da się czerpać niczego pożytecznego.

Polscy republikanie

Pewną szczególną odnogą tego nurtu jest tzw. ruch republikański, skupiony wokół Fundacji Republikańskiej, założonej przez Przemysława Wiplera oraz wydawanego przez to środowisko kwartalnika „Rzeczy Wspólne”. Idea republikańska ma pewne cechy, którym warto się przyjrzeć z punktu widzenia nacjonalizmu. Jest nią z pewnością nacisk kładziony w niej na pojęcie wspólnotowości, pracy ogółu na rzecz dobra wspólnego. Z całą pewnością w dobie dominacji liberalizmu takie postawienie sprawy (podobnie rzecz ma się w przypadku większości konserwatystów) warte jest poparcia. Sytuacja robi się jednak bardziej skomplikowana po wejściu w szczegóły. Podstawową wartością w aparacie pojęciowym republikanów jest państwo. Przeglądając pisma pozostających w tym nurcie autorów widać wręcz fetyszyzację tego pojęcia. Naród pojmowany jest tam w zasadzie jedynie na płaszczyźnie politycznej, bez jakiegokolwiek uwzględnienia czynnika etnicznego, tak ważnego dla współczesnego nacjonalizmu. Często słychać z różnych stron tezy o tym, jakoby spór o prymat państwa bądź narodu był zakończony, a ludzie o poglądach afirmujących wspólnotowość stali dziś po jednej stronie. Nie jest to do końca prawda. Nietrudno sobie przecież wyobrazić sytuację, w której dobro państwa kolidować będzie z interesami narodu, którego część członków zamieszkuje terytoria państw ościennych. Republikanin (podobnie jak konserwatysta) opowie się w takiej sytuacji po stronie interesu państwa, co zresztą mogliśmy obserwować na przykładzie skądinąd świetnego znawcy stosunków międzynarodowych Przemysława Żurawskiego vel Grajewskiego, który dla utrzymania dobrych stosunków RP z Litwą byłby w stanie niemalże poświęcić los mieszkających w tym kraju Polaków. Podobne kolizje interesów mogą zachodzić w krajach, które same mają znaczące mniejszości etniczne. Dziś Polska do takich się nie zalicza, ale w dobie masowych migracji nie da się takiego scenariusza wykluczyć. Wyłącznie polityczno-kulturowe pojmowanie narodu prowadzi do rozmycia go. Inna rzecz to możliwy w przyszłości (a naszym zdaniem coraz wyraźniej się zarysowujący) konflikt pomiędzy liberalnym państwem a chcącym bronić swoich wartości narodem. Stawianie państwa w centrum powodować musi wysuwanie przez nacjonalistów innego zarzutu w kierunku republikanów. Chodzi mianowicie o legalizm, a także niechęć do radykalnych działań, które dla nastawionego antydogmatycznie w sprawie dobierania środków nacjonalisty są raczej nie do pomyślenia.

Podobnie niespójnie wygląda admiracja większości republikanów dla wolnego rynku w zestawieniu z ich poglądami na wspólnotowość. Podobnie krytyki wymaga wizja historii Polski wyłaniająca się z publikacji republikańskich. Gloryfikowanie tradycji wolności szlacheckiej jest bardzo dalekie endeckiej ocenie dziejów naszej Ojczyzny. Republikanizm nosi w sobie cechy wszystkich powyższych nurtów prawicy, będąc de facto ruchem bardzo umiarkowanego konserwatyzmu. Nie można republikanom odmówić słuszności w części ocen, jak i pewnego powiewu świeżości wniesionego w środowiska sympatyków PiS. W ogólnym rozrachunku jednak to co wartościowe w republikanizmie, a więc refleksja o wspólnocie oraz przejętym z retoryki pisma „Teologia Polityczna” pojęciu podmiotowości zostało już na ogół dziesiątki lat temu omówione i zaadaptowane przez ideologów polskiego nacjonalizmu. Szukając nacjonalistycznego sposobu myślenia o państwie i wspólnocie należy zagłębiać się raczej w dzieła klasyków endecji i narodowego radykalizmu (oczywiście dostosowując je do dzisiejszych czasów) niż nurtów współczesnej prawicy.

Brak własnej tożsamości. W czym tkwi problem?

Niepokojącym zjawiskiem jest nasiąkanie niektórych środowisk narodowych powyższymi, prawicowymi ideami. Charakterystyczne jest to szczególnie dla jednego z kwartalników powołującego się na tradycje endecji. Hasła uległości wobec USA, zachwytu nad węgierskim Fideszem, bezwzględnego poparcia dla gospodarki wolnorynkowej, niechęć do jakiegokolwiek radykalizmu charakteryzuje jednak całkiem spory segment ruchu narodowego.

Z czego to wynika? Z pewnością w dużej mierze ze słabości intelektualnej ruchu narodowego po 1989 roku. Zamiast opracowywania nowych wizji, które mogłyby być pociągające dla młodych ludzi o poglądach tożsamościowych, wiele środowisk wolało ograniczać się do cytowania przedwojennych klasyków endecji. Tendencja ta nie mogła wystarczyć tym, którzy mieli ambicje szerzenia narodowych poglądów w nowych warunkach. Byli oni jednak zbyt leniwi, by próbować wypracować myśl stricte nacjonalistyczną. Znacznie wygodniej było spoglądać w kierunku mainstreamowej prawicy i z niej czerpać inspiracje. Niestety, recepty centroprawicowych publicystów często nie przystawały do światopoglądu narodowego. Są one przesiąknięte liberalną mentalnością, mentalnością (jakby to Sorel określił) mieszczańską. Ich autorzy na ogół nie są w stanie wynieść się ponad paradygmat demoliberalny, nawet jeśli wewnątrz niego reprezentują maksymalnie pro-narodowe poglądy. Mówiąc dosłownie, nie mieści im się w głowie świat diametralnie inny niż ten współczesny, świat bez politycznej poprawności, bez wasalstwa Polski wobec USA, bez UE, bez parlamentarnej demokracji, bez silenia się na gesty uległości wobec mniejszości narodowych. Świat, w którym nacjonalizm nie występuje jedynie jako zawoalowane podłoże dla działań wspólnoty, ale jest realną i widoczną siłą dążącą do budowy państwa narodowego i realizacji interesów narodu. Rzeczy te dziś oczywiście mogą wydawać się nieosiągalne, ale bez takiego paradygmatu nie ma mowy o budowie ruchu rzeczywiście narodowego. Postulaty takie przedstawiciele omawianego nurtu kwitują oskarżeniami na przykład o „oszołomstwo”, „brak realizmu”, „myślenie kategoriami międzywojnia”. W rzeczywistości oni sami bywają największymi doktrynerami, bo wyjście ponad demoliberalne dogmaty i poddanie w wątpliwość wiecznego trwania współczesnych form pań-stwowych wykracza poza ich możliwości. Ludzie ci uwielbiają etykietować się różnymi dodatkami do idei narodowej, takimi jak konserwatyzm (często nie mający wiele wspólnego z rzeczywistym konserwatyzmem zresztą) czy konserwatywny liberalizm, i często faktycznie stają się po prostu „prawicowcami”, gubiąc swój nacjonalizm po drodze.

Naszym zdaniem, ocenianie świata przez pryzmat budowy integralnie nacjonalistycznego ruchu, nie kłaniającego się przed różnego rodzaju bożkami współczesnego świata nie stoi w żadnej sprzeczności z realizmem politycznym i trzeźwym analizowaniem aktualnych spraw. W innym wypadku możemy co najwyżej tworzyć kolejne ZChN-y, LPR-y i Solidarne Polski – partie może i mające niezłe jak na obecny system postulaty, może skupiające ludzi poczciwych, ale nie będące w stanie nic realnie zmienić.

Trzecia droga

Do owego rozmycia omawianego podziału z pewnością przyczynia się także istnienie od wielu dekad ideologii i ruchów integralnie łączących elementy tradycyjnie przypisywane lewicy i prawicy. Dodajmy, że historia nacjonalizmu jest silnie związana z wieloma z nich. Już w drugiej połowie XIX wieku wywodzący się przecież ze strony republikańskiej ojciec anarchizmu Pierre Joseph Proudhon głosił poparcie dla tradycyjnej rodziny, niechęć do demokracji, poparcie dla regionalizmu, drobnej własności, kary śmierci, tortur w czasie śledztw sądowych. W sprawach politycznych ten socjalista sympatyzował z konserwatywnym południem w czasie wojny secesyjnej i Napoleonem III w samej Francji. Będąc w konflikcie z Kościołem solidaryzował się z jezuitami wyrzucanymi z kolejnych państw. Nie dziwne, że na poglądy Proudhona powoływali się później anarchiści, socjaliści, nacjonaliści, faszyści… Przez samego Charlesa Maurrasa zaliczany był do mistrzów kontrrewolucji i opisywany jako niemal nacjonalista.

Równie ciekawym przypadkiem jest jeden z głównych patronów francuskiego nacjonalizmu Maurice Barrès. Będąc uznawanym za zwolennika tradycjonalizmu, Barrès nigdy nie odciął się od swoich lewicowych konotacji. Do końca życia głosił pochwałę dziedzictwa rewolucji francuskiej. Nigdy nie zerwał przy tym z socjalizmem, samemu określając się mianem „narodowego socjalisty”. Był to przy tym socjalizm odległy od marksistowskiego, charakteryzujący się daleko posuniętym sprzeciwem wobec centralizmu państwowego. Ten był dla niego przejawem umacniania się stosunków kapitalistycznych. Trzeba w tym miejscu dodać, że francuscy liberałowie tych czasów otwarcie promowali centralizm i niszczenie tożsamości regionalnych, co budziło sprzeciw prawej strony. Tak prawicowe hasła jak decentralizacja i regionalizm w ogóle stanowiły dla Barrèsa jeden z priorytetów. Podobnie niechęć do parlamentaryzmu, któremu przeciwstawiał w zależności od czasów wizje plebiscytarne i cezarystyczne. Narodowy socjalizm Barrèsa jest przy tym wszystkim nietotalitarny, co odróżnia go od faszyzmu, którego to prekursorem francuscy wyznawcy tego nurtu widzieli uzdolnionego pisarza.

Ciekawie wygląda stosunek Barrèsa do religii. Mimo, że sam był przez niemal całe życie agnostykiem, to nazwanie go człowiekiem religijnie indyferentnym byłoby dla niego z pewnością krzywdzące. Dla Barrèsa liczy się przede wszystkim mistycyzm. Z całą mocą broni on Kościoła Katolickiego, nie tylko jako instytucji religijnej większości Francuzów. Katolicyzm daje ludowi możliwość obcowania z metafizyką, dla francuskiego nacjonalisty jest on razem ze swoimi świętymi i przydrożnymi kapliczkami tożsamy z religią pogańskich Galów. Pełne egzaltacji wizje Barrèsa na pozór mało mają wspólnego z deklarowaną przez niego lewicowością, podobnie zresztą jak prawicowymi ciężko nazwać jego naznaczone radykalizmem społecznym podejście do kwestii politycznych.

Podobne tendencje do wychodzenia ponad utarte podziały widać u Georgesa Sorela, jednego z twórców syndykalizmu, którego idee do dziś inspirują wielu narodowych radykałów. Sorel, uważający się za jedynego prawdziwego interpretatora Marksa, nie przejmował się specjalnie wiernością hasłom swojego mistrza. Głównym punktem jego ideologii było odrzucenie świata mieszczańskiego i wszystkiego, co niosła ze sobą zepsuta do szpiku kości burżuazja. Racjonalizm, materializm, konsumpcjonizm i egoizm, charakteryzujące zarówno liberałów, jak i do pewnego stopnia ówczesnych konserwatystów są dla Sorela obiektem nieukrywanej pogardy. Jak pisze w niedawno wydanych Faszyzmach łacińskich prof. Wielomski, „Sorel zachwyca się tym, co irracjonalne i ideowe; popiera wszystkie ruchy ludzi wierzących w ideały, bez względu czy będą to pierwsi chrześcijanie, komuniści Lenina, czarne koszule Mussoliniego czy kameloci Maurrasa”. W celu wywrócenia zmurszałego, mieszczańskiego świata propaguje sojusz syndykalistów, katolików-tradycjonalistów (modernistami gardził) oraz nacjonalistów. Wizja ta urzeczywistni się w Cercle Proudhon – towarzystwie tworzonym przez środowisko Sorela i integralnych nacjonalistów Charlesa Maurrasa. Według izraelskiego badacza Zeeva Sternhella Cercle Proudhon było pierwszą udaną próbą połączenia nacjonalizmu i socjalizmu. Dodać trzeba, że wówczas monarchistyczna już Action Francaise od haseł socjalnych się nie odcinała, jawnie popierając związkowców protestujących przeciw burżuazyjnym rządom. „Zakładając AF Maurras tłumaczył Barresowi, że będzie to organizacja nacjonalistyczna z pewną skłonnością do socjalizmu” – pisze Wielomski w książce Nacjonalizm francuski. Jeden z przywódców ruchu, Henri Vaugeois jeszcze wiele lat później uważał się za socjalistę, w 1907 roku natomiast określił się mianem „rojalisty rewolucyjnego”. Na łamach głównego organu prasowego grupy jeszcze w 1917 roku przeciwstawiano słabą leseferystowską III Republikę Francuską silnej, socjalnej II Rzeszy Niemieckiej. Sam Maurras powtarzał, że AF połączy „synów jakobinów z synami szuanów” i że „nie wszyscy nasi mistrzowie byli z prawicy”.

Włoski faszyzm

Lekceważący stosunek do tradycyjnego podziału sceny politycznej najdobitniej chyba okazał wielbiciel Sorela, wybitny poeta Gabriele d’Annunzio, który jako deputowany do włoskiego parlamentu, w czasie jednej z debat demonstracyjnie przeszedł z prawej strony izby na skrajną lewicę. Podobnych zachowań w jego barwnym życiu było zresztą sporo, a same poglądy pisarza, łączące silny antyklerykalizm z uwielbieniem dla historii Italii, nacjonalistyczny oraz imperialistyczny militaryzm z artystycznym wyrafinowaniem, socjalne poglądy ekonomiczne z monarchizmem, z pewnością sytuują go wśród znaczących inspiracji dla „sojuszu ekstremów”.

Ruchem, po części zresztą przez d’Annunzia inspirowanym, który tę ideę przekreślenia podziału na lewicę i prawicę podjął na skalę masową, był faszyzm. O właściwe zdefiniowanie faszyzmu spierają się od wielu dekad najwybitniejsi politolodzy. Nic dziwnego, ruch faszystowski bowiem był daleko posuniętą, integralnie scaloną hybrydą elementów wywodzących się z całkiem sprzecznych nieraz tradycji. Można powiedzieć, że państwo Mussoliniego to synteza elementów tradycyjnie rozumianych prawicy i lewicy przeciwko wszystkiemu temu, co znajduje się w centrum. Charakter faszyzmu dobrze oddają słowa samego Duce: „Jestem reakcjonistą lub rewolucjonistą zależnie od okoliczności”. W nurcie tym mamy zarówno zachowawczy i patriarchalny stosunek do instytucji rodziny, jak i zabiegi mające na celu przekazanie kontroli nad młodzieżą państwu; masowa mobilizacja społeczna splata się z szacunkiem dla tradycjonalistycznie wręcz pojmowanej obyczajowości; wsparcie dla tradycyjnych instytucji ze statolatrią; instytucja wodza jest zarówno inspirowana starożytnym Rzymem, jak i rewolucyjnymi dyktaturami; nawet tradycja narodowa forsowana przez faszyzm łączy ekstrema – z jednej strony gloryfikuje zażarcie antyklerykalny ruch Garibaldiego, z drugiej rolę Kościoła i papiestwa w życiu Włoch. Faszyzm, mimo że w samych Włoszech w różnych okresach przechylał się bądź w jedną, bądź w drugą stronę, dokonał w skali makro to co wcześniej głosił Sorel, którego ideom notabene Mussolini przypisywał największy udział w stworzeniu swojej doktryny. Mussolini wyciągnął z tradycjonalizmu i socjalizmu to co je łączyło – wspólnotowość, którą przeciwstawił indywidualizmowi liberałów, będącemu dotychczasowym fundamentem państwa włoskiego. Wspólnotowość ta została dowartościowana prawdziwym etosem heroicznym.

Radykalni narodowcy w międzywojennej Europie

Tak udana synteza elementów prawicy i lewicy będzie inspirować zachodnioeuropejskich nacjonalistów przez wiele kolejnych dekad. Już od lat dwudziestych w różnych krajach powstają ruchy faszystowskie, często skupiające również byłych komunistów czy socjalistów. Również ruchy narodowo-radykalne, nie biorące samego słowa faszyzm na sztandary, były pod nieukrywanym wpływem włoskiego ruchu. Formacje te z jednej strony zawzięcie walczyły z komunizmem i socjalizmem, a z drugiej w wielu przypadkach ścierały się również z reakcyjną prawicą. Radykalizm społeczny i rewolucjonizm łączyły ze swoistym tradycjonalizmem, religijnością nieraz zbliżoną do mistycyzmu. Pewnym paradoksem jest, że znaczna część z tych, określanych przecież jako „skrajnie prawicowe”, ruchów została zgnieciona bądź zneutralizowana nie przez lewicę, ale właśnie przez konserwatywne dyktatury, tak jak to miało miejsce w wypadku hiszpańskiej Falangi, rumuńskiej Żelaznej Gwardii, fińskiego ruchu Lapua, litewskiego Żelaznego Wilka czy estońskich Wabsów. Nazywanie tych radykalnych formacji prawicowymi czy konserwatywnymi byłoby z pewnością nadużyciem, podobnym zresztą jak odmawianie im tradycjonalizmu w sprawach religii, obyczajowości czy stosunku do autorytetu i hierarchii.

Znanym powszechnie faktem jest inspirowanie się również polskich nacjonalistów włoskim faszyzmem. O ile będącym otwarcie pod wpływem faszyzmu działaczom SN czy ONR-ABC ciężko przypisać zachwyt nad łączeniem pierwiastków tradycji z nazwaną po imieniu lewicowością, to już w Falandze takie tendencje będą wyraźnie widoczne. W ekonomicznej publicystyce RNR faszyzm jest wręcz krytykowany z lewa, całkiem powszechnie zarzuca mu się w tych kręgach podejmowanie półśrodków w gospodarce czy też ustępowanie Mussoliniego przed wpływami kręgów właścicieli wielkiego przemysłu i arystokracji.

Trzecia pozycja

Po wojnie faszystowska synteza lewicy i prawicy nadal inspirowała nacjonalistów. Jednym z ciekawszych nurtów jest terceryzm, trzecia pozycja. W stosunku do faszyzmu charakteryzuje się dużym rewizjonizmem, odrzucając między innymi imperializm, a także faszystowski centralizm. Dużą inspiracją dla tercerystów są przejawy raczej lewicującego nacjonalizmu jak Włoska Republika Socjalna z lat 1943-45 czy argentyński justycjalizm – radykalna społecznie, nacjonalistyczna dyktatura Juana Domingo Perona, zwalczająca wpływy zarówno ZSRR jak i USA. Wizytówką trzeciej pozycji jest poparcie dla walki narodowowyzwoleńczej ludów świata przeciwko wszelkim imperializmem, niezależnie od tego czy był to imperializm komunistyczny czy też imperializm wielkiego kapitału. Szczególnie interesującym składnikiem terceryzmu jest etnopluralizm – przekonanie o potrzebie poszanowania wszystkich tradycyjnych kultur, połączone z dążeniem do ich segregacji i sprzeciwem wobec multikulturalizmu. Ruchy trzeciopozycyjne z Włoch, Francji czy Wielkiej Brytanii, reprezentując obyczajowy tradycjonalizm, zwalczały w swoich krajach zachowawczą prawicę z równą siłą jak komunistów. Zróżnicowany jest stosunek tercerystów do religii, jednak najbardziej znaczące grupy mieszczące się w tym nurcie reprezentują stanowisko bliskie integryzmowi. Znamienne, że nawet dla indyferentnych religijnie tercerystów dużą inspiracją pozostaje katolicka nauka społeczna.

Ciekawym zjawiskiem jest fakt przesuwania się części ruchów trzeciopozycyjnych w lewo, w kierunku narodowego bolszewizmu. Było tak między innymi ze środowiskiem Nowego Ruchu Oporu kierowanym przez Christiana Boucheta. Pomimo swojej nazwy, narodowy bolszewizm daleki jest od wulgarnego materializmu reprezentowanego przez klasycznych komunistów. Główny ideolog rosyjskiej Partii Narodowo-Bolszewickiej Aleksander Dugin pisał wręcz o „metafizyce narodowego bolszewizmu” i prawicowej interpretacji Marksa. Dzisiejszy narodowy bolszewizm stanowi syntezę wszystkiego, co neguje zasady społeczeństwa otwartego, definiowane przez triadę: kapitalizm – liberalizm – demokracja. Proste przypisywanie tego nurtu lewicy jest znaczącym niedopowiedzeniem, bowiem stanowi on klasyczny przykład syntezy elementów z prawej i lewej strony. Ogromne znaczenie dla narodowych bolszewików, podobnie jak innych opisywanych tu ruchów mają idealizm oraz kult poświęcenia jako takie.

Innym ciekawym nurtem jest Nowa Prawica Alaina de Benoista. Stosunek tego nurtu do zagadnień lewicy i prawicy najlepiej omawia sam jego twórca w wywiadzie, którego polskie tłumaczenie mogliśmy swego czasu przeczytać w piśmie „Templum Novum”: „Jeśli chodzi o NP, to nigdy nie identyfikowaliśmy się ani z tradycyjną, kontrrewolucyjną prawicą, ani z faszyzmem, jakobinizmem, czy rasistowską prawicą, ani z prawicą liberalno-konserwatywną. NP z pewnością wyciągnęła lekcję z krytyki filozofii oświeceniowej, która to krytyka zawsze była bliższa prawicy niż lewicy. Jednak w kwestii krytyki społecznej odwołuje się głównie do pisarzy lewicowych, czy to należących do skrzydła wspólnotowego francuskiego socjalizmu (Proudhon, Sorel, Pierre Leroux, Benoit Malon i inni) czy należących do bardziej modernistycznej części lewicowych myślicieli i pisarzy takich, jak Ivan Illich, Andre Gorz, Herbert Marcuse, Cornelius Castoriadis, Noam Chomsky, Je-remy Rifkin, Benjamin Barber, Michael Walzer czy Naomi Klein. Nie ma w tym nic sprzecznego, gdyż NP stara się usytuować samą siebie powyżej podziałów wspomnianych powyżej”. Nowa Prawica, pomimo swojej nazwy, w wielu aspektach, takich jak etnopluralizm, antyglobalizm zbliża się do terceryzmu, dla którego zresztą była jedną z inspiracji.

Terceryzm po polsku

Wspomniane tu nurty to oczywiście tylko część całej gamy prądów ideowych dążących do przełamania tradycyjnego podziału na lewicę i prawicę, dla których pełnego opisu nie mamy tu miejsca. Trzeba nadmienić, że również polska tradycja intelektualna dorobiła się wielu przedstawicieli, którzy potrafili wątki lewicy i prawicy doskonale łączyć. Poza przedstawicielami samej tradycji ruchu narodowego, wspomnieć warto przede wszystkim Stanisława Brzozowskiego, na którego dziś powołują się tak różne opcje ideowe jak nowolewicowa Krytyka Polityczna, a drugiej strony coraz więcej prawicowych publicystów. Przeróżne sojusze ugrupowań sytuujących się na przeciwległych końcach tej osi, jak i występowanie nurtów, które same w sobie łączą te pozornie sprzeczne pierwiastki każe zastanowić się nad sensownością trwania przy tradycyjnym schemacie.

Nacjonalizm – między lewicą a prawicą

Prawicowość jako taka jest słowem mglistym. Można rzec, że właściwie pozbawionym ściślejszego znaczenia. Każdy po prawej stronie sceny politycznej uważa się za tego jedynego prawicowca, a reszta w najlepszym wypadku jest prawicowa mniej. Czemu ruch narodowy ma w tej licytacji uczestniczyć? Jak usiłujemy dowieść w niniejszym tekście, nacjonalizm, jak również jego polska odmiana wcale nie jest formacją stricte prawicową. W różnych okresach wyglądało to inaczej, niemniej jednak nigdy, a przynajmniej nie w czasach rzeczywistej żywotności ruchu narodowego nie patrzono na poszczególne zagadnienia pod kątem ich zgodności z jakkolwiek rozumianymi prawicowymi dogmatami. Również rozpropagowany w Polsce przez skądinąd wybitnego przedstawiciela konserwatyzmu profesora Bartyzela podział na nacjonalizmy prawicowe i nacjonalitaryzmy wydaje się być niespecjalnie pomocnym w określaniu cech przyszłego polskiego nacjonalizmu. Sam Bartyzel zresztą zauważył, że w Polsce aż do lat dwudziestych i trzydziestych mamy do czynienia z nacjonalitaryzmem, formacją de facto lewicową. Według Bartyzela, prawicowy nacjonalizm przychodzi przede wszystkim z młodymi. O ile można się z tą tezą nie do końca zgadzać (co autor niniejszego tekstu robi w jego wcześniejszych fragmentach), to z pewnością słusznym jest stwierdzenie o niejednolitości stosunku polskiego nacjonalizmu do prawicy.

Można mieć duże wątpliwości co do zarysowanego przez innego konserwatystę (również ta teza bardzo popularna jest wśród polskich nacjonalistów) prof. Adama Wielomskiego stwierdzenia, że w rzeczywistości nie ma ideologii o nazwie nacjonalizm, są za to narodowi konserwatyści, narodowi socjaliści, narodowi liberałowie itd. Mają o tym świadczyć rozmaite warianty nacjonalizmu i niejednolitość w jego obrębie. W istocie, nacjonalistami byli zarówno Ghandi, Franco czy Robespierre. Ich poglądy na wiele spraw rzeczywiście definiowane były przez elementy wywodzące się z innych ideologii. Czy to jednakże ma oznaczać, że nacjonalizm nie jest odrębną ideologią? Chyba prof. Wielomski poszedł nieco zbyt daleko w swoich rozważaniach. Przecież w obrębie na przykład socjalizmu można znaleźć równie wielkie różnice i sprzeczne tendencje. Socjalistami są więc zarówno Hugo Chavez, jak i Grzegorz Napieralski. Co ma wspólnego jeden z drugim, poza ogólnie pojętą troską o interesy ludzi pracy (o ile Napieralski cokolwiek robi szczerze na ich rzecz). Albo co ma wspólnego twórca anarchizmu, konserwatywny Proudhon z dzisiejszymi nihilistycznymi anarchistami? Wbrew temu co pisze Wielomski, same słowa „socjalizm”, „konserwatyzm” czy „liberalizm” nie stanowią jeszcze o sprecyzowanej wizji świata czy choćby o skonkretyzowanym podejściu do większości zagadnień. Mimo pewnych zbieżności, świat socjalisty Stalina jest diametralnie różny od świata socjalistów gildyjnych, podobnie świat konserwatysty Bonalda od świata konserwatysty Spenglera.

Nacjonalizm jako niezależna ideologia

Nacjonalizm, mimo olbrzymiej (być może nawet większej niż w innych przypadkach) różnorodności, ze swoją długą tradycją wydaje się jednak być odrębną ideologią, z całą gamą poglądów i rozwiązań, które były wspólne przeważającej większości jego zwolenników (wyjątki znajdą się przecież wszędzie), takich jak: uznanie narodu za najwyższą doczesną wartość, uznanie jego dobra za główny cel działań, dążenie do zachowania odrębności narodu, postulat państwa narodowego, podrzędna rola jednostki w stosunku do narodu, przekonanie o potrzebie narodowego wychowania młodzieży, niechęć do degenerującego każdą nację liberalizmu obyczajowego. Nie wszystko w historii tej ideologii będzie się nam podobać, podobnie jak socjaliście nie wszystko spodoba się w historii socjalizmu, a konserwatyście w dziejach idei zachowawczych. Naturalnie wiele było osób łączących pierwiastki nacjonalizmu z innymi ideologiami i w wielu wypadkach ciężko orzec czy mamy do czynienia z nacjonalistą, czy już bardziej konserwatystą, liberałem czy socjalistą. Niemniej jednak działa to we wszystkie strony, a mało kto kwestionuje pozycję liberalizmu czy socjalizmu jako ideologii. Wydaje się uprawnioną teza, że nacjonalizm jest czymś odrębnym, a w związku z mgławicowością pojęcia prawicy, nie muszącym definiować się przez to pojęcie.

Wielu powie, że historia historią, ale ruch narodowy „prawicowość” osiągnął i powinien w tym trwać (ciekawe, że często będą to ludzie, którzy najchętniej nawiązują do wczesnej, lewicującej endecji). Nam się tak nie wydaje. Nowoczesny ruch narodowy winien czerpać z tego, co w jego historii najbardziej żywotne i dające się zastosować w dzisiejszych czasach. Takie czynniki znajdą się w różnych momentach rozwoju ruchu narodowego, często zresztą są one widoczne w momentach, kiedy narodowcy występowali pod niezbyt prawicową twarzą. Wydaje się, że w czasach kryzysu i nadchodzącej radykalizacji postaw, najbardziej pożądane są postulaty zbliżone do endecji Popławskiego i Balickiego oraz młodej endecji (i narodowego radykalizmu) lat trzydziestych. Obie te formacje działały w czasach gdy polski nacjonalizm był domeną grup opozycyjnych, prześladowanych przez władze. Zarówno pokolenie Popławskiego i Balickiego, jak i generacja Mosdorfa wytworzyły niezwykle sprawne organizacje, które pozytywistyczną pracą u podstaw umożliwiły ideom narodowym zdobycie rządu dusz w społeczeństwie polskim. Obok tej codziennej pracy ich działacze potrafili się jednak zdobywać również na innego rodzaju poświęcenia, związane z masowymi wystąpieniami, często tłumionymi brutalnie przez władze carskie i sanacyjne.

Wnioski na przyszłość

11 listopada 2011 roku pokazał, że być może w niedalekiej przyszłości ruch narodowy będzie musiał również i do tych przykładów się odwołać. Obie te formacje charakteryzowały się rzeczywistym radykalizmem społecznym i brakiem jakiejkolwiek wiary w liberalne utopie, w których klimacie intelektualnym przyszło wyrastać zarówno jednym jak i drugim. Podobnie zresztą bywało w przypadku wielu z opisywanych w tym tekście ruchów łączących akcenty prawicowe z lewicowymi. To tam raczej niż wśród niezbyt twórczych propozycji naszych prawicowców należy szukać inspiracji na dziś. Szczególnie teraz, w momencie ciszy przed burzą, kiedy coraz bardziej niezadowolone społeczeństwo być może powoli dojrzewa do organizowania się przeciwko temu wszystkiemu, co konstytuowało współczesny system, ruch narodowy musi podjąć soreliańską ideę budowania kontaktów z wykluczonymi częściami społeczeństwa. Powoli zresztą już się to dokonuje, czego dowodem jest coraz większe zaangażowanie prześladowanych przez rząd środowisk kibicowskich w akcje organizowane przez nacjonalistów. Jednakże takich wykluczonych grup jest więcej, by wymienić będących ogromną siłą związkowców czy tradycyjnych katolików. Niekoniecznie mowa tu nawet o uczestnikach Mszy trydenckich, raczej o wielomilionowych rzeszach przywiązanych do Polski i Kościoła ludzi, niechętnych panującym od 20 lat trendom kulturowym, które każą „wykształciuchom” odnosić się do nich z pogardą. Grupy te są aktualnie kanalizowane w dużej mierze przez wpływy PiS, jednakże nietrudno zauważyć, że dni tej partii jako niekwestionowanego hegemona „prawej strony” sceny politycznej są policzone. Nadchodzące czasy będą z pewnością sprzyjać ich radykalizacji.

Również z punktu widzenia taktyki politycznej, w takiej perspektywie propozycje narodowców głoszących de facto to samo co konserwatyści czy liberałowie zasługują w najlepszym wypadku na uśmiech politowania. W czasach nadchodzącej mobilizacji społecznej mas i radykalizmu, ruch narodowy musi powrócić do swojej prospołecznej postawy, która leży u jego korzeni. W retoryce odrodzonego polskiego nacjonalizmu (a przynajmniej jego głównego nurtu) nie powinno być mowy czy to o powrocie ludu do bierności, w jakiej tkwił przed XIX wiekiem czy o dobrodziejstwach mających rzekomo wynikać z likwidacji interwencji państwa w gospodarkę. Naród polski oczekuje od nas czegoś zupełnie innego, niż powtarzanie komunałów po ekscentrykach sprzeciwiających się fluoryzacji w szkołach bądź popierających Ruch Autonomii Śląska jako przejaw konserwatywnych, decentralizacyjnych tendencji. Potrzeba mu także czegoś więcej niż trwające od 23 lat wałkowanie sporów na linii postsolidarność – postkomuna. Podobnie nie potrzebuje opowieści o stabilizacji i utrzymywaniu porządku w momencie, kiedy na świecie powoli zaczyna wrzeć, a narastający kryzys, przynajmniej w krajach Europy Środkowo-Wschodniej jest okazją do eksponowania tego, co bliskie ruchom tożsamościowym.

Mogą się oczywiście pojawić obawy o nadmierny skręt polskiego nacjonalizmu w lewo czy też wejście pod wpływ ideowy różnych odmian nacjonalizmu traktujących swoją lewicowość dogmatycznie. Istotnie, w wielu krajach coraz lepiej funkcjonują środowiska narodowe odwołujące się do wersji nacjonalizmu o bardzo socjalnym obliczu, by wspomnieć nurt coraz popularniejszego również u nas autonomicznego nacjonalizmu. Można mieć pewne zastrzeżenia do tego typu ruchów, jednakże nie ulega wątpliwości, że wnoszą one spory powiew świeżości, szczególnie w kraju nad Wisłą. W światku polskich narodowców, często zafiksowanych na punkcie doktrynalnej czystości i wierności dogma-tom prawicy, idee zwracające uwagę na społeczny radykalizm pełnią z pewnością funkcję ożywczą i można w nich znaleźć sporo wartościowych inspiracji. Znajdą się tam (jak prawie wszędzie) również rzeczy, które należy odrzucić, niemniej jednak pozytywny ich wpływ wydaje się zdecydowanie przeważający.

Postulaty radykalizacji społecznej nacjonalizmu są niezbyt prawicowe, a część wręcz lewicowa. Cóż jednak z tego? Trzeba oczywiście dodać, że również z „prawicowej” wizji świata sporo punktów w programie nacjonalistycznym zostanie. Takie wartości jak rola autorytetu, tradycja czy znaczenie religii w życiu narodu, nawet patrząc z materialistycznego i trącącego pogaństwem punktu widzenia narodu jako absolutu, są pożyteczne i trudnym do wyobrażenia wydaje się rozerwanie ich związku z nacjonalizmem. Wielką słabością wielu XIX-wiecznych nacjonalistów był brak szacunku dla tych zagadnień. Warto jednak, by był to żywy tradycjonalizm, nieskrępowany (jak w przypadku przeróżnych konserwatywnych ruchów) anachronicznymi strukturami.

Podobnie rzecz się ma z religijnością. Ta powinna być żarliwa i przepełniająca nacjonalizm tak jak to było w narodowo-katolickich SN i obu odłamach ONR, a przy tym nie popadająca w nadmierny klerykalizm. Dzisiejsze laickie czasy być może nie są w stanie wytworzyć takiego zjawiska na skalę masową. Pamiętajmy jednak, że pisząc Kościół, naród i państwo Dmowski zmienił podejście całej generacji młodzieży do tego zagadnienia. Nie ma więc rzeczy niemożliwych, a już na pewno nie w tej materii. Nie można w każdym razie godzić się z propozycjami laicyzacji nacjonalizmu, płynącymi z różnych stron. Ta, jak dowodzi praktyka ostatnich 200 lat historii Europy, jest grobową deską każdego narodu. Ruchom nacjonalistycznym lat trzydziestych z powodzeniem udawało się łączyć taką postawę z nieraz wręcz lewicowymi programami społecznymi. Nie ma powodu sądzić, że dziś jest to nierealne.

Otwartość na świat

Szukając inspiracji dla nowoczesnej wersji nacjonalizmu warto przyjrzeć się jeszcze jednemu zjawisku. Zauważmy, że ewolucja idei narodowych szła w dość zbliżony sposób w krajach całej niemal Europy. Po rewolucji francuskiej, która przyniosła ukonstytuowanie się poszczególnych trendów (obecnych już znacznie wcześniej) w ideologie, prawie wszędzie przechodził on te same fazy: demokratyczno-romantyczną, fazę pozytywistyczną, parlamentarno-demokratyczną, potem narodowo-radykalną bądź faszyzującą.

Podobna jednolitość form będzie zachodzić tym bardziej w dobie globalizacji i mass mediów, i chyba nie należy się tym niepokoić. Nurty narodowe w różnych krajach zyskują na sile (co, miejmy nadzieję, przy coraz bardziej niestabilnej sytuacji, pozwoli im odegrać naprawdę poważną rolę) i na ogół charakteryzują się zbliżonymi cechami. Są nimi: radykalizm społeczny, antyliberalizm, afirmacja tradycji, antyglobalizm, antysystemowość, ale także, wbrew temu co można w niektórych miejscach usłyszeć, przychylny stosunek do religii. Ta ostatnia oczywiście często bywa dość płytka i przejawia się bardziej w szacunku dla symboli niż żywej wierze, jednak przyszłość może przynieść również jej bardziej realne przejawy (naturalnie są również miejsca jak Skandynawia, gdzie religijność jest już niemal zupełnie martwa, i tam będzie o takie odrodzenie najtrudniej). Najlepszym i najbardziej efektownym przykładem nowoczesnego nacjonalizmu jest oczywiście węgierski Jobbik i powiązane z nim środowiska, ale tego typu ruchów jest znacznie więcej. Polski ruch narodowy, spoglądający nieustannie na różnego rodzaju odmiany systemowej i niesystemowej prawicy jest na tym tle raczej odosobnionym przypadkiem. Zupełnym fenomenem w skali europejskiej zdaje się natomiast być popularność wśród polskich nacjonalistów idei głoszonych przez konserwatywnych liberałów, kwestionujących wręcz wspólnotowość. Podobnie popularność ruchów afirmujących legalizm i dbanie o porządek społeczny wśród naszych narodowców wydaje się czymś na skalę europejską niezwykłym.

Patrzenie przede wszystkim na nasze podwórko i nasze realia nie może nam przesłonić faktu, że można w tych ruchach znaleźć wiele ciekawych inspiracji również dla naszego nacjonalizmu. Ludzie deprecjonujący coraz popularniejszy w Polsce trend jakim jest zgłębianie wiedzy o współczesnych zagranicznych nacjonalizmach (również tych naprawdę radykalnych, bo od kilku lat głównie takie zyskują na popularności) wydają się tego faktu zupełnie nie dostrzegać. Sami zresztą często są pod daleko większym wpływem idei centroprawicowych (Fidesz V. Orbana) czy konserwatywno-liberalnych (UKIP N. Farage’a) z zagranicy niż zafascynowani nacjonalizmami, pod wpływem ruchów, takich jak Jobbik, Front Narodowy czy Złoty Świt. Przedwojenna endecja była ruchem silnym i żywym intelektualnie między innymi dlatego, że kiedy decydowała się na branie wzorów z innych krajów, to inspiracje czerpała z bliskich sobie ideowo, żywotnych ruchów nacjonalistycznych, a nie konserwatywnych czy liberalnych. Owe inspiracje z zagranicy, widoczne zarówno na polu symboliki, jak i ideologii wcale nie umniejszały polskości ruchu narodowego. Podobnie dziś, baczne śledzenie tendencji za granicą nie oznacza przecież zatracenia polskiej perspektywy. Wszak naturalnym jest, że ruchy pokrewne ideowo budzą zainteresowanie. Natomiast nawiązania do pewnych idei prawicowych, o ile konieczne, powinny być ściśle powiązane z potrzebami chwili oraz absolutnie nie mogą wypaczać sensu samego nacjonalizmu, a tak dzieje się w wypadku wpływu opisywanych tu nurtów współczesnej polskiej prawicy, popularnych w niektórych kręgach ruchu narodowego.

Warto zauważyć, że definiowanie w owych środowiskach samego narodu, o ile są one tym zainteresowane, odbiega od stricte nacjonalistycznego. Czynnik etniczny nie odgrywa w nim niemal żadnej roli. Nasi prawicowcy wolą koncentrować się na rozprawianiu o wspólnocie politycznej, zapominając o korzeniu, o tym co w rzeczywistości stanowi podstawę (nie deprecjonując innych czynników!) narodu polskiego i bez czego nie ma mowy o rzeczywistym dbaniu o interesy narodowe. Być może zresztą to leży u fascynacji co poniektórych nawet tak przykrymi przypadkami jak premier Wielkiej Brytanii David Cameron, który chroni niezależności swojego państwa przed zakusami UE, a jednocześnie nic sobie nie robi z degrengolady brytyjskiego społeczeństwa, jego wykorzenienia i kosmopolityzmu, plagi aborcji, czy wreszcie masowej imigracji, która trwale zmienia strukturę narodowościową Zjednoczonego Królestwa. To oczywiście przypadek skrajny, ale symptomatyczny – wielu członków ruchu narodowego z czasem staje się raczej patriotami-państwowcami niż nacjonalistami.

Koniecznym jest uświadomienie narodowcom, że nacjonalizm sam powinien wytworzyć swoje własne recepty dla Polski. Ani konserwatyści, ani liberałowie, ani „centroprawica” nie stworzy nowoczesnego polskiego nacjonalizmu. Oni nie są tym w najmniejszym stopniu zainteresowani, co zresztą nie powinno dziwić, bo wielu z nich nacjonalizmem otwarcie gardzi. Nie znaczy to oczywiście, że mamy być zamknięci na jakąkolwiek współpracę. W sprawach, które nas łączą współdziałanie jest rzeczą naturalną. Obrona religii czy sprzeciw wobec dewiantów seksualnych mogą i powinny łączyć po jednej stronie barykady narodowców i konserwatystów, a na przykład obrona życia połączy ich również z konserwatywnymi liberałami. Z centroprawicą w niektórych sprawach światopoglądowych, a także polityczno-historycznych jak antykomunizm (mimo, że ich rozumienie tego terminu bywa na ogół niezwykle infantylne) również nacjonalista może dojść do porozumienia. Nie znaczy to jednak, że ma nagle poczuwać się do jakiejś szczególnej wspólnoty poglądów z tymi ludźmi. Być może w dzisiejszych czasach, gdy jesteśmy zmuszeni do nieustannego dawania odporu zalewowi nihilizmu, hedonizmu, kosmopolityzmu i zwykłej ludzkiej degeneracji, wszyscy stoimy po tej samej stronie barykady. Być może znacząca większość ludzi stojących po drugiej stronie określi się mianem „lewicowców”. Nie zmienia to jednak faktu, że ruch narodowy z pojęciem prawicy nie ma wielkiego ideowego związku i winien tworzyć nową jakość na bazie analizy dzisiejszego świata prowadzonej z punktu widzenia stricte narodowego i tożsamościowego. Naturalnie możemy też uznać, że „prawica” to ci za Kościołem, przeciwko aborcji i pedałom, a „lewica” to ci co sądzą w tych sprawach na odwrót. Być może takie potoczne podejście jest użyteczne w debatach publicznych i być może nawet nie ma co na siłę z nim walczyć. Konieczne jest jednak, by polscy nacjonaliści, o ile chcą zbudować silny i głęboko zakorzeniony ruch, zdawali sobie sprawę kim naprawdę są i nie widzieli siebie samych w roli popychadeł dla rozmaitych „prawicowców”.

Autor: JS

Komentarze