Syndrom zakopiański

Zjawiskiem dość powszechnie obserwowanym jest, niczym nieuzasadniona, radość związana z falą wolnościowych dążeń Polaków, którzy coraz tłumniej wychodzą na ulicę tańcząc w rytmie utworów Ivana Komarenki, czy hucznie strzelają szampanami pijąc toast za wolność naszą i waszą. Jednak tym co najbardziej dziwi jest zachwyt sejmowej tzw. prawicy wolnościowej, która za pomocą internetowych komunikatów obwieszcza sukces swojej działalności, której efektem są m.in. słynne wydarzenia zakopiańskie. W tym momencie jednak trzeba się zatrzymać i zadać pytanie - czy jest to rzeczywiście sukces? Czy jest się z czego cieszyć?

Tzw. „opozycja” kojarzona współcześnie z szerokim wachlarzem partyjnych karteli począwszy od Platformy Obywatelskiej a na lewicowej partii Razem kończąc, skutecznie i umiejętnie podsyca nastroje antyrządowe, których celem nie jest poprawa aktualnej sytuacji w Polsce, lecz po prostu ponowne przejęcie sterów władzy. Za wszystkimi hasłami troski o konstytucję, demokrację czy media kryje się zwykła pazerność, a ww. hasła są idealną zasłoną dymną, która skutecznie maskuje przed zniewolonym propagandą społeczeństwem rzeczywiste zamiary tejże koalicji.

Opozycyjni propagandziści doskonale się orientują, że wystarczy uderzyć w odpowiednie struny, aby zagrać na emocjach społeczeństwa, które bezrefleksyjnie chwytające każde postulaty na „nie” staje się mimowolnie narzędziem w ich politykierskich rozgrywkach. Internet zalewa dotychczas niespotykana fala fake newsów, manipulacji oraz kłamstw, które nie są weryfikowane, a co gorsza wiele z nich niosąc skrajnie płytki przekaz jest chętnie udostępniana przez użytkowników.

CZYTAJ TAKŻE: Parlamentaryzm ogłupia

Nie mam tu zamiaru bronić partii rządzącej, ponieważ oba główne twory parlamentarne są po równi odpowiedzialne za podział polskiego społeczeństwa, lecz uważam, iż krytyka powinna być konstruktywna i merytoryczna, a nie wpisująca się w retorykę lewicowego wrzasku i rozdzierania szat tam, gdzie jest to wynikiem hipokryzji bądź prywatnego interesu. Parafrazując Elżbietę Bieńkowską, współcześnie mamy klimat do zbijania kapitału politycznego na negacji wszystkiego i wszystkich. Tam gdzie słowa krytyki są potrzebne, a nawet konieczne, trzeba to robić (jest to nawet nasz obowiązek), lecz nie można na tym budować struktur ani programu, ponieważ jak napisał Zygmunt Balicki: pokolenie wychowane w atmosferze uczuć negatywnych przestaje być zdolne do pracy twórczej, rodzi wiecznych oportunistów i umie żyć już tylko negacją.

Przykład zawsze idzie z góry (tu akurat z ław sejmowych), gdzie obserwujemy coraz częściej padające słowo „nie” niż przejawiające inicjatywę słowo - „działajmy”. Wystarczy spytać pierwszego napotkanego manifestującego w imię „wolności” czy obrony konstytucji dlaczego postuluje wieczne „nie”, a zapewne w większości przypadków spotka nas w odpowiedzi głucha cisza. Tym co przeraża najbardziej to brak refleksji nad narzuconymi z góry hasłami. Społeczeństwo, które chętnie neguje polityczny ustrój, które chce burzyć i niszczyć tradycję, nie potrafi wyjaśnić swoich postulatów ani ponieść konsekwencji swoich słów i czynów. Zastana przez nich rzeczywistość jest według nich jednowymiarowa, skupiająca się wokół punktów programu danej partii czy organizacji. Nic poza tym. Tworzy to bardzo niebezpieczne narzędzie w rękach politycznych demagogów, ponieważ takim elektoratem jest bardzo łatwo sterować.

CZYTAJ TAKŻE: Otwieranie gospodarki, polskie warcholstwo i rządowe zarządzanie przez kryzys

Patrząc na protesty tzw. „strajku kobiet”, za którym bez dwóch zdań stoi wierchuszka opozycyjna, widzimy jak łatwo eksperyment społeczny może się wymknąć spod kontroli. Mieliśmy już do czynienia z KOD-em, „obrońcami demokracji”, czy innymi przybudówkami partyjnymi których celem było nieustanne podbijanie bębenka i podtrzymywanie wzburzenia tej części elektoratu, która była zorientowana w stronę Platformy Obywatelskiej. W przypadku „strajku kobiet” mamy jednak do czynienia z nową wersją gry na emocjach, w której to zaczęło się od jednego hasła, a po kilku dniach skończyło na całej liście postulatów. Czy chociażby kilka procent uczestników zauważyło podczas kolejnych pochodów że hasło z którym ruszali w pierwszych dniach stało się już nieaktualne i zastąpione przez kilkadziesiąt innych, nowych? Tak właśnie działa rewolta, w której zawodowi rewolucjoniści stopniują emocje i radykalizm, aby w odpowiednim momencie doprowadzić do jego eskalacji i wybuchu, kiedy tłum jest już wystarczająco nakręcony i bezrefleksyjny.

Mając na uwadze powyższe rozważania, zadajmy sobie pytanie, czy tłumy ludzi, którzy w imię mylnie pojętych i ukierunkowanych na partyjny zysk swobód obywatelskich i wolności, są naprawdę tym czego potrzeba nam do budowy silnego państwa opartego na zasadach katolickich i narodowych? Nie oszukujmy się. Ludzie biorący udział w tych happeningach i manifestacjach, którzy mieszają antycovidowe postulaty z tymi antyrządowymi w każdej chwili mogą obrócić się przeciwko idei narodowej i będą to samo wykrzykiwać w naszą stronę (tu chociażby preludium jakim jest próba zmiany nazwy ronda im. Romana Dmowskiego). Czy ten sam tłum nie będzie się biernie przyglądał jak atakowane są kościoły i wiara katolicka? Czy kiedy obostrzenia zelżeją i sytuacja się unormuje, nie powrócą do domów, aby wygodnie, z pozycji kanapy obserwować dalsze podpalanie kraju przez lewicę? Nie ma co się łudzić, pokolenie rewolucjonistów iPhona i Starbucksa jest niestałe w swoich emocjach, bezrefleksyjne oraz wyprane z wszelkich idei i wartości. Historia uczy nas, że tego typu wypadki zawsze kończyły się dla narodów tragicznie, a… rewolucja zawsze pożera swoje dzieci.

CZYTAJ TAKŻE: Rośnie pokolenie meneli, którzy nie potrafią powiedzieć zdania bez przekleństwa i wspomnienia o seksie

Bartosz Tomczak

Redakcja

Czytaj Wcześniejszy

Chiński sąd: Homoseksualizm można nazywać zaburzeniem psychicznym

Czytaj Następny

Mural upamiętniających Żołnierzy Niezłomnych w Łodzi został zniszczony

Zostaw Odpowiedź

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *