Adam Szabelak: Rewolta przeciw współczesnemu światu

Prawdziwa wolność polega na zdolności do określenia wroga. Wolny człowieka to nie taki, który uważa wszystkie opinie za równie prawdziwe lub fałszywe; to nie wolność, a słabość umysłu. Wolny człowiek to ten, który widzi błędy tak wyraźnie, jak widzi prawdę – G. K. Chesterton.

Współczesny świat. Zawsze, gdy o nim słyszę, to jest mi trochę dziwnie. Z jednej strony chciałbym o nim mówić, o tym, jak mi w nim dobrze, jak się do mnie uśmiecha, jak szybko mi umyka. Tylko, całkiem szczerze, czuję się z takimi myślami w głowie jak idiota, który usilnie wypiera rzeczywistość. Gdzieś w tle pobrzmiewa jakaś nutka fałszu. I jeszcze czegoś… Chyba krzyku serca. Wołania o bunt. O rewoltę.

Co tam, że ten świat niespecjalnie przejmuje się tym, co dociera z mojego serca.

Trudno.

Mnie też nie obchodzi wiele z tego, co ma mi on do zaoferowania.

Nie obchodzi mnie jego nijakość. Jego monotonia. Jego tandeta.

Nie obchodzi mnie jego strach tłumiony wódką i zapachem perfum.

Nie obchodzą mnie jego konsumpcjonizm ani świątynie jego bożków.

Nie obchodzą mnie kłamliwe nagłówki jego gazet.

Nie obchodzą mnie jego czekoladowe symbole i sztandary powtykane w gówno.

Nie obchodzą mnie jego nabożeństwa na stadionach.

Nie obchodzą mnie papieskie kremówki i plastikowe Matki Boskie.

Nie obchodzą mnie wakacje nad Bałtykiem i ciupagi na straganach.

Nie obchodzi mnie ani Amsterdam, ani Taco Hemingway.

Nie obchodzi mnie nienagannie wyprasowany biały kołnierzyk.

Nie obchodzą mnie mądre głowy udzielające rad ze swojej Wielkiej Gwiaździstej Emigracji.

Chciałbym od tego po prostu uciec. Tam, gdzie góry sięgają aż do nieba, wystawić twarz ku słońcu i zapomnieć. Budować bez potrzeby walki i posiadania ideałów… Byłoby pięknie, ale wezwanie serca jednak nie daje spokoju, gdzieś w głowie ciągle kołacze się myśl: „Tchórz, kto ucieka!”.

Chcę żyć naprawdę. Oddychać pełną piersią, śpiewać do utraty tchu, kochać do szaleństwa. Odnaleźć upragnionego Graala. Spotkać się z Tobą bez całego tego teatru.

Moja rewolucja jest walką przeciwko nudzie naszych czasów. Przeciwko miejskiej bylejakości i pozerstwu. Przeciwko apatii i bezsilności. Przeciwko misternej strukturze grzechu, która jest w stanie zaadaptować i wypaczyć niemal każde dobro. Przeciwko światu, który krzyczy „Bóg umarł! Bóg nie żyje! Myśmy go zabili!”, a nie zauważa, że zabity Bóg już raz powrócił z martwych. Przeciwko nadczłowiekowi i ostatniemu człowiekowi, dla których nie ma dobra i zła, prawdy i fałszu. Przeciwko codzienności powykrzywianych ludzi z bolącymi oczami i karkami. Przeciwko wielkim korporacjom, które drenują mój kraj i wmawiają mi jak mam myśleć. Przeciwko obłudzie ratowania fretek w trampkach pachnących potem bengalskich dzieci. Przeciwko chcącym zbawiać świat, ale nie kosztem własnej wygody. Przeciwko wykorzenieniu i nomadyzmowi współczesnego człowieka. Przeciwko Hollywood i Wall Street. Przeciwko jednemu wszędobylskiemu językowi i jednej wszędobylskiej kulturze.

Moja rewolucja jest poezją. Jest jak wiatr. Rozbudza w sercach ogień. Pod warunkiem, że wcześniej tli się tam choć trochę żaru. Nie ożywi trupa. Co będzie z nami przy schyłku naszych dni, kiedy stygniemy już za młodu?

Będziemy świniami. A na pewno nie chcę być świnią. Ani umrzeć bez żadnych blizn.

Totalizm myśli

Jedną z podstaw współczesnego świata jest schizofreniczny sposób przeżywania rzeczywistości. Rozszczepienie pomiędzy poszczególnymi aspektami naszego bycia. Jest to kwestia czysto indywidualna, do głębi osobista, ale przekłada się także bezpośrednio na życie organizacyjne i społeczne. To właśnie tutaj należy upatrywać źródła klęsk sił dobra na dzisiejszym polu walki. Clausewitz stwierdził kiedyś: na wojnie bardziej niż w jakimkolwiek innym temacie musimy zacząć od spojrzenia na naturę całości; bo tutaj bardziej niż gdzie indziej należy zawsze myśleć o części i całości. Nawet najlepiej wyposażony żołnierz będzie bezużyteczny, jeśli nie będzie wiadomo do czego go wykorzystać. I vice versa, najlepszy nawet plan nie zapewni zwycięstwa, jeśli nie będzie miał go kto wykonać.

W teorii strategicznej wyróżnia się kilka poziomów działań. Najwyższym jest poziom polityczny, określający na podstawie tożsamości podmiotu co i dlaczego chce on osiągnąć. Dalej mamy Wielką Strategię, która definiuje sposoby, dzięki którym ma zostać zrealizowany cel polityczny. Najniższy poziom to poziom militarny, obejmujący poziomy taktyczny i operacyjny, określające „techniczne” szczegóły realizacji obranej strategii. Współcześnie dużo mówi się także o hybrydowości konfliktów – oznacza to, że coraz częściej pod Wielką Strategię podpina się większą ilość elementów. Tak więc realizacja założonego celu wymaga odpowiedniego planowania nie tylko w dziedzinie wojskowości, ale także ekonomii, kultury, dyplomacji itd. Dziś stratedzy dostrzegają, że tylko myślenie całościowe, lub – jak kto woli – totalne, może zapewnić końcowy sukces. Gdy zapomnimy o jakimś elemencie, to istnieje szansa, że właśnie tę słabość wróg wykorzysta.

W konfliktach powszechnie stosuje się narzędzie zwane dezinformacją. Im jest ona skuteczniejsza, tym wyższego poziomu planowania i podejmowania decyzji dotyczy. Każda informacja może być dezinformacją. Nawet ta prawdziwa, ale zaserwowana w odpowiedni sposób, wyrwana z kontekstu. Dzisiejszy natłok danych sprzyja stosowaniu tej techniki. Trudno jest oddzielić prawdę od fałszu, a jeżeli już się to uda, to trzeba jeszcze z tych prawdziwych strzępków informacji złożyć jakiś spójny obraz. Nie jest to zadanie łatwe, ludzie też mają skłonność do ułatwiania sobie życia, to i nic dziwnego, że często taki obraz jest… fałszywy. Bo poznać zamiast pełnej prawdy tylko jej część, to znaczy nie poznać jej wcale. Współczesny świat jest mistrzem dezinformacji.

Przykład, zanim przejdziemy do meritum. Wyobraźmy sobie, że jesteśmy świetnie poinformowani na temat okrucieństwa wobec zwierząt na drugim końcu kraju, ale nie wiemy praktycznie nic o dzieciach żyjących w skrajnej biedzie w naszej okolicy. Naturalne jest, że będziemy chcieli zaradzić złu, które widzimy – a czymś takim z pewnością jest znęcanie się nad bezbronnym stworzeniem – to jest nasza natura. Z drugiej strony możemy zrobić dużo więcej dobra znacznie bliżej nas, tylko my tej możliwości nie dostrzegamy. Albo dostrzegamy, tylko nie uznajemy, bo nasze myślenie na skutek akcji dezinformacyjnej zostało skierowane na takie tory – tak jak w przypadku zabijania dzieci i „usuwania płodów”.

Cały nasz osobisty system planowania jest zagrożony praktycznie nieustannie. Wróg dysponuje potężnymi środkami manipulacji i propagandy, które wykorzystuje nader skutecznie – często nawet nie wiadomo, że już trzeba sypać szańce… Telewizja, Internet, różne „mądre” głowy otaczają nas ze wszystkich stron. Mówią nam rzeczy, które rozumiemy i które wydaje nam się, że rozumiemy, bo zostały przekonująco wyjaśnione. Łatwiej jest, gdy dostaniemy tłumaczenie na tacy, nie trzeba wtedy się wysilać i samemu kombinować. Tak popularne dzisiaj „krytyczne myślenie” stosowane jest niestety bardzo wybiórczo. I ja to doskonale rozumiem. Trzeba mieć w życiu jakiekolwiek pewniki, nie można wiecznie wszystkiego podważać. Tylko problem pojawia się, gdy naiwnie przyjmujemy serwowane nam „pewniki” na podstawie autorytetu, który na takie miano nie zasługuje. Należy także pamiętać, że krytyka to tylko środek, nigdy cel. Środek do wyłuskania prawdy i odrzucenia chwastów. Stosując go, nie unikniemy czasu chaosu i zamętu. To całkiem naturalne. Nie wierzę ludziom, którzy nigdy nie wątpili. Zwątpienie nie może jednak wypełniać całego życia, bo to potrzebuje celu. Żeby prawidłowo go określić, obrać odpowiednią strategię, a następnie wybrać skuteczne środki, trzeba nam najpierw stanąć samemu przed sobą zupełnie w prawdzie. Obnażyć swego ducha i spojrzeć w lustro. Dostrzec wszystkie zmarszczki, niedoskonałości, zwyrodnienia. To może być przerażający widok, ale taka terapia szokowa jest niezbędna na drodze ku wolności.

Tylko gdzie jest ta wolność? Jaka jest prawda? Cel, któremu należy podporządkować całe życie?

Nie wiem. Chyba jednak wiem, gdzie należy szukać.

Współczesność serwuje wiele odpowiedzi. I co najlepsze, wszystkie wedle niej są równouprawnione. Celem życia może być czerpanie z niego maksymalnej przyjemności, wyzwolenie od cierpienia, zbudowanie wielkiego dzieła. Celem może być poznawanie świata, znalezienie miłości, służenie ludziom. A także gromadzenie bogactw czy pokonywanie własnych ograniczeń, wkraczanie na wyższy poziom doskonałości – dążenie do nadczłowieka. Być może realizacja jakiejś wzniosłej idei. Albo sensu może nie być. Tak po prostu. Wybieraj, jesteś przecież wolnym człowiekiem. Cokolwiek wybierzesz, będzie dobre, bo to Twój wybór. Ty jesteś ważny. Nikt inny. Tutaj właśnie tkwi podstawowa dezinformacja współczesności. Udało jej się zastąpić poziom „polityczny” myślenia strategicznego poziomem strategicznym, taktycznym albo nawet operacyjnym. Dlaczego tak sądzę? Spróbujmy na chwilę odwrócić przykładową drogę planistyczną. Od dołu do góry.

Załóżmy, że uczymy się w szkole średniej – wtedy zazwyczaj człowiek zaczyna myśleć trochę dalej niż to jak zaplanować popołudnie i na którym boisku pokopać piłkę. W liceum trzeba zaliczać różne testy, kartkówki, odpytywania – każdorazowo jest to nasz cel operacyjny. Cały proces otwarcia podręcznika, wyszukiwania informacji, zapamiętywania, służy realizacji konkretnego zadania. Uzyskaniu zaliczenia. Ale po co nam ono? Żeby zdać do następnej klasy – to będzie poziom operacyjny wyższego rzędu. Za cel taktyczny uznać można ukończenie szkoły, które znowu ma służyć celowi strategicznemu – zdobyciu wykształcenia i zostaniu specjalistą w swojej dziedzinie. Możemy też za cel strategiczny uznać ideę, np. żeby ludziom żyło się lepiej. Wtedy zdobywanie umiejętności będzie celem taktycznym. Gradacje mogą być różne. I jeżeli nie wyodrębnimy celu jeszcze wyższego, to poziomy polityczny i strategiczny zleją się w jedno. Z taką sytuacją mamy do czynienia np. gdy ktoś zdobywa władzę dla samego jej posiadania.

W czasach szkolnych doprowadzaliśmy do szału nauczycieli, zadając proste pytanie: „dlaczego?”. Podobnie chwyt stosowało się, gdy kończyły się konkretne argumenty i chciało się kogoś „zagiąć” w dyskusji, wykazując jego ograniczoną wiedzę.

– W przyrodzie występują przypływy i odpływy…

– Dlaczego?

– Wynika to z oddziaływania Księżyca.

-Dlaczego?

– Mieliśmy Wielki Wybuch i tak wszystko po wielu milionach lat się poukładało.

– Dlaczego?

– Tego nie wiemy.

Dlaczegoizowanie za każdym razem się tak kończy. Ostatnim stwierdzeniem zawsze jest „nie wiem” albo „nie rozumiem”. Na wcześniejszych etapach tego procesu wynika to z naszej niewiedzy lub indywidualnych ograniczeń, ale im dalej w las, tym większa szansa, że coś jest zwyczajnie nie do ogarnięcia. Każdorazowo na końcu musimy dojść do ściany, czegoś absolutnego – Boga. Istnienie wszechmogącej, wszechogarniającej istoty jest jedyną możliwą ostateczną odpowiedzią na nasze pytania.

I podobnie jest w naszym życiu. Zaliczam kartkówki. Kończę szkołę i studia. Jestem świetnym specjalistą. Po co? Żeby zarabiać dobre pieniądze? Litości. Żeby lepiej służyć innym? To już lepiej, ale to ciągle nie to. Żeby dzięki pracy przekształcać rzeczywistość i udoskonalać swój charakter? Hmmmm… Dlaczego? Dlaczego, dlaczego, dlaczego? Zadowalająca odpowiedź jest tylko jedna. Absolut – Bóg. Nie trzeba nawet w Niego wierzyć, żeby dojść do takiej konkluzji. Ale jak już się do niej dojdzie, to nie da się nie wierzyć. Czy jest to Bóg osobowy w trzech postaciach? Tym zajmuje się teologia, to nie miejsce na rozstrzyganie tej kwestii.

Niektórzy wyznaczają sobie w życiu dwa albo trzy cele. Ci cierpią na rozdwojenie jaźni. Z jednej strony chcą być, dajmy na to, świetnymi rodzicami, a z drugiej jak najwyżej zajść na stopniach zawodowej kariery – brakuje im tylko klamry, która by to spajała, ewentualnie pozwoliła ustalić hierarchię, i coś w pewnym momencie nie wychodzi, następuje konflikt interesów. Bo nagle jeden cel zaczyna być trochę ważniejszy od drugiego i, nie chcąc doprowadzić do podporządkowania jednego drugiemu, zaczynamy żyć w rozdarciu, co nas niszczy. Życie ludzkie nie może być — w naszych oczach widownią zasadniczych konfliktów między podstawowymi wartościami, nie może być ciągłym błądzeniem w zagmatwanym lesie różnych poglądów i różnych ideałów. Życie człowieka musi być realizowaniem określonych celów, ułożonych w logiczny, rozumny, bezwzględny system – pisał Wojciech Kwasieborski.

Takim systemem, spajającą klamrą może być tylko jakaś Wielka Strategia, która ma doprowadzić do osiągnięcia Boga, bo tylko On jest celem wartym naszej uwagi i czasu.

Dlaczego potrzebujemy Wielkiej Strategii? Bóg jest niewidzialny. Dla wielu abstrakcyjny. Nawet jeżeli przekonani są o jego istnieniu to – w znamienitej większości – brakuje im „spojrzenia wiary”. Łatwo jest mówić, że wszystko, co robimy tutaj, robimy, aby służyć Bogu. Tylko wtedy rozmywa się odpowiedzialność. Nie można mierzyć efektów naszej pracy, oceniać jej owoców. Nie planuję, nie myślę jak być najskuteczniejszym w działaniu. Zakopuję swoje talenty. Lekceważę zadanie, jakie zostało przede mną postawione. Gnuśnieję w poczuciu bycia bezsilnym „dobrym, miłym człowiekiem”. Tu trwa wojna ze Złem, a ja tylko czasem łaskawie wniosę sąsiadce siatki na czwarte piętro. Świat jest przecież w ruinie, co ja mogę? Wedle jednej z interpretacji Apokalipsa św. Jana jest uniwersalną dla chrześcijan wszystkich wieków metaforą tej walki, znajdujemy w niej opis, tego z czym się mierzymy: A liczba wojsk – konnicy: dwie miriady miriad – posłyszałem ich liczbę. I tak ujrzałem w widzeniu konie i tych, co na nich siedzieli, mających pancerze barwy ognia, hiacyntu i siarki. A głowy koni jak głowy lwów, a z pysków ich wychodzi ogień, dym i siarka. (…) Moc bowiem koni jest w ich pyskach i w ich ogonach, bo ich ogony – podobne do węży: mają głowy i nimi czynią szkodę. Czy takiego wroga można pokonać bez planowego, systematycznego wysiłku? Którego efekty będą widoczne także tu, na Ziemi? Módl się tak, jakby wszystko zależało od Boga, a działaj, jakby wszystko zależało tylko od ciebie.

Jak więc powinno wyglądać totalne, skuteczne myślenie? Św. Augustyn wyjaśniał: Jeżeli Bóg w życiu jest na pierwszym miejscu, wszystko znajdzie się na właściwym miejscu. Cytat powtarzany jest z różnych ambon i z różnych stron aż do znudzenia, ale do naszych rozważań pasuje idealnie. Jedyny właściwy, ostateczny cel, jaki może człowiek obrać to Bóg. On znajduje się na szczycie naszej planistycznej piramidy. Poniżej potrzebujemy jakiejś Wielkiej Strategii, która określi, jak będziemy Niebo szturmować. Dla mnie jest to Idea Narodowa – służba mojemu Narodowi, który jest odbiciem Bożej chwały na Ziemi, ale oczywiście nie jest to jedyna słuszna droga – chociaż nie znam innego tak spójnego i komplementarnego systemu myśli. Jedynym warunkiem tego, aby daną strategię określić mianem Wielkiej jest możliwość podporządkowania jej wszystkich aspektów życia. I to samo jest warunkiem jej skuteczności. Jeżeli cokolwiek robimy, nieważne czy na poziomie taktycznym, czy operacyjnym, nieważne w jakiej dziedzinie, i nie potrafimy tego podpiąć do systemu realizacji Wielkiej Strategii, to oznacza, że jest to w naszym życiu zupełnie zbędne i nawet niebezpieczne – może spowodować schizofrenię, dualizm myślenia. Pociąg będzie mógł jechać po dwóch torach tylko do momentu, aż te zaczną się rozjeżdżać. I wtedy trzeba wybrać między Wielką Strategią a realizacją jakiegoś pomniejszego celu. W tej chwili wielu się gubi, wybiera źle, albo chce zjeść ciastko i mieć ciastko, co kończy się wykolejeniem.

Roman Dmowski stwierdził: Iluż jest ludzi, którzy czekają na rewolucję jutra, zamiast robić dzisiaj rewolucję nieustającą. Nie trzeba w naszym życiu chwili rewolucji. To nasze życie ma być rewolucją, która zniszczy porządek współczesnego świata. A do tego potrzeba spójnej jego wizji.

Struktura grzechu

W wojnie o naszą duszę mamy przeciwko sobie świat, ciało i szatana. Ten ostatni to wrogi generał, który regularnie wyprowadza na nasze pozycje ataki. Czasem tylko podjazdy, czasem, gdy wyczuje słabość, szturmy generalne. Dzięki ciału funkcjonujemy, ale jest ono od nas niezależne, rządzi się swoimi prawami. Ta sama ręka może rozdawać chleb ubogim i zbierać skalpy z niewinnych. Ciało jest zwierzęcą częścią naszego bytu, kieruje się instynktem – gdy jest zimno, trzeba się ogrzać, gdy jest niebezpiecznie, trzeba się schronić – może być jednak ujarzmione przez ducha, który decyduje, co czynić należy – co jest dobre. I w rezultacie przy 30 stopniowym mrozie wskakujemy do przerębla, aby ratować tonące dziecko, albo idziemy do ataku, mimo pocisków przelatujących nad głową. W ciele może zadomowić się, gdy pozwolimy szatanowi skutecznie zaatakować, grzech. Wtedy zaś, jak pisał św. Paweł: Jeżeli zaś czynię to, czego nie chcę, już nie ja to czynię, ale grzech, który we mnie mieszka. Grzech może niwelować, mamić siłę woli. To dywersant na naszych tyłach, wspomagający nacierającego wroga. Jest jeszcze świat. To pole bitwy. To góry, lasy i rzeki (jakże dzisiaj nie doceniamy wpływu środowiska na prawidłowy rozwój człowieka!) – czynniki od nas niezależne – ale także miasta, organizacje i ustroje. Od rozmieszczenia środków obrony zależy czy to my będziemy mieli skrępowane ruchy, czy to szatan nie będzie miał przystępu do naszego obozu. O tym współczesnym polu walki właśnie porozmawiamy.

Dzisiejszy świat jest do szpiku liberalny i kapitalistyczny. Człowiek jest w nim bytem samolubnym, samowystarczalnym i… osamotnionym, wolnym od wszelkich powiązań społecznych. Jest prekariuszem wyzyskiwanym przez odbieranie mu nie pieniędzy, a czasu i przestrzeni. Współczesny świat wytworzył taką organizację społeczeństwa, która nakładając jedną strukturę grzechu na drugą, utkała sieć nie do rozerwania, sieć, w którą zaplątani jesteśmy my wszyscy, sieć absorbującą każdy ruch, każdy zryw i w ten sposób się umacniającą. Dziś przeciętny mieszkaniec dużego miasta żyje w pudełkach. Pudełku wynajmowanego mieszkania (za mniej więcej połowę pensji) – bo przecież na wykup będzie go stać, dopiero gdy ubezpieczyciel wypłaci pieniądze po jego śmierci spowodowanej nowotworem (ponad milion Polaków choruje), którego nabawił się, jedząc gotowe dania z Biedronki, oddychając zatrutym powietrzem i stresując rozwodem. Pudełku samochodu kupionego z konieczności na kredyt, bo najbliższy przystanek autobusowy jest za daleko, ale poza tym, żeby załatwiać wszystkie swoje sprawy, trzeba się najeździć wiele kilometrów, autobusami zajęłoby to większość dnia. No i przecież trzeba jeszcze dostać się do pudełka pracy z nadgodzinami i śmieciówką oraz szefem, którego strach zapytać o urlop w celu opieki nad chorym dzieckiem. Nawet gdy taki człowiek wyjdzie z któregoś z tych pudełek, to napadną na niego ogromne wieżowce, wokół których nie pozostawiono miejsca dla trawy i drzew, bo te przecież nie zarabiają. A i na spokojną emeryturę też nie ma co liczyć, raczej nie będzie miał mu kto jej wypłacić, system nie dotrwa. Taki byt określa świadomość. Taki człowiek zajdzie do kościoła tylko po to, żeby ktoś go poklepał po plecach – „stary, jest źle, ale Jezus Cię kocha!”. Nikt mu nie powie, że tylko gwałtownicy zdobędą królestwo niebieskie. To by go zabiło. A tak to będzie choć niewielka szansa, że sobie sznura nie ukręci i jakoś dotrwa do końca. I w ten sposób dalej będzie wstawał rano, robił hajs dla ponadnarodowej korporacji, które motywowane chęcią zysku przekształcają społeczeństwa na swoją modłę. A także okradają ludzi z wypracowanego przez nich bogactwa – dla przykładu: latach 1980-2013 produktywność w USA zwiększyła się o 70%, a mediana zarobków wzrosła jedynie o 9%, podczas gdy zamożność najbogatszego 1% Amerykanów o 142%, a najbogatszego promila o 236%. I każde dobro, które spotka tego człowieka, będzie przyczyniało do utrwalania niesprawiedliwości – swoją pracą będzie on wciąż wzmacniał system mielący regularnie miliony ludzi i wypuszczający jako produkt końcowy zniszczone, humanoidale stworzenia, opętane myślą, żeby wciąż polerować pręty swojej klatki. Innego życia przecież nie znają. I tak źle, i tak niedobrze.

Wielki, bezosobowy, ponadnarodowy kapitał, którego celem jest maksymalna akumulacja bogactwa, może swobodnie funkcjonować jedynie w świecie liberalno-kapitalistycznym. Jego wzmacnianie znajduje się więc w jego żywotnym interesie. I na odwrót – liberałom i kapitalistom nie przeszkadza globalna ekspansja korporacji, bo odbywa się ona kosztem wartości pozbawionych dla nich znaczenia oraz zapewnia możliwość realizacji ich podstawowych celów, „samorealizacji” i indywidualnego zysku. Efektem jest tworzenie świata swobodnego przepływu kapitału, środków produkcji i pracowników, bez granic i ceł; kreowanie człowieka jednowymiarowego, wykorzenionego i pozbawionego tożsamości, stanowiącego uniwersalnego konsumenta i efektywnego, mobilnego pracownika; promocja postaw egoistycznych, konsumpcjonistycznych i hedonistycznych. Taki układ jest najbardziej ekonomicznie efektywny – gdy nie żyjemy tylko dla siebie, to może się okazać, że jesteśmy pod tym względem zupełnie nieracjonalni, więc niebezpieczni dla stabilności rynków. Właśnie dlatego postmarksiści czy nowolewicowcy, mający z marksizmem i lewicowością wspólne jedynie nazewnictwo, tak świetnie odnajdują się w obecnej rzeczywistości – rezygnując z pracy nad bazą (czyt.: z postulatów socjalnych) i zajmując się jedynie nadbudową (czyt.: prawami gejów i uchodźców) de facto mogą realizować swoje wizje świata bez granic, wartości i narodów za pomocą wielkiego kapitału. W sumie nowolewicowcy to tacy liberałowie tylko bardziej. A kapitaliści i korporacje lubią sobie wycierać gębę ich ładnie brzmiącymi hasłami. Na pewno słyszałeś, że Jeff Bezos przeznaczy 10 miliardów dolarów na walkę ze zmianami klimatu? Super sprawa, nie? Co? Że niby Amazon wyzyskuje pracowników? Zawsze się trochę wyzyskuje, jak walczy o lepsze jutro, to można wiele wybaczyć… Inny przykład: wsparcie firm od Empiku przez Ikeę po BNP Paribas dla środowiska LGBT. Albo usilnie „multikulturowe” reklamy na ulicach miast niemal monoetnicznego kraju, jakim jest Polska – gdy promują się wielkie marki odzieżowe i na plakacie występują 3-4 modelki, to w znamienitej większości przypadków przynajmniej jedna musi być czarnoskóra. Ja wiem, robi się je na Zachód i przy okazji daje na nasz rynek, bo tworzenie sprofilowanych pod polskiego odbiorcę treści się nie opłaca. Ale czy nie jest to przy okazji uprawianie inżynierii społecznej i kreowanie alternatywnej,  zunifikowanej rzeczywistości? Liberalna papka kultur, religii i ras jest najlepszym środowiskiem do prowadzenia globalnej sprzedaży i – co oczywiste – maksymalizacji zysków.

Zasadniczo mniej więcej do lat 60. XX wieku kluczowy w działalności wielkich korporacji był czynnik polityczny. Zarabiały pieniądze, bo tego chciały poszczególne rządy. Później jednak, wraz z postępującą liberalizacją stosunków gospodarczych, zaczęły powoli zyskiwać autonomię. W tej chwili są to podmioty całkiem niezależne, potężniejsze od wielu państw i mające daleko skuteczniejsze „miękkie” (a także w niektórych przypadkach „twarde” – szantaże) środki oddziaływania. Jeśli wrzucimy do jednego rankingu przychody podatkowe państw i przychody korporacji, to okaże się, że w pierwszej 50 mamy jednych i drugich po równo, a np. przychód Walmartu jest niemal równy PKB Polski. Przychody 500 najbogatszych firm oscylują w okolicach 40% wartości produkcji całej globalnej gospodarki. Wielki kapitał nie jest związany żadnymi wartościami ani interesami narodowymi (albo jest w niewielkim stopniu), więc nie ma specjalnych oporów np. przed dokonywaniem oszustw podatkowych. Podczas Światowego Forum Ekonomicznego w Davos w 2020 roku Polski Instytut Ekonomiczny zaprezentował raport, z którego wynika, że UE traci każdego roku ok. 170 mld euro w wyniku transferowania zysków firm do rajów podatkowych. W 2014 roku afera LuxLeaks ujawniła, że Luksemburg, którego premierem był Jean-Claude Juncker, udzielał arbitralnie ulg podatkowych wielkim korporacjom, byle te łaskawie zostawiały pieniądze właśnie w tym kraju. 300 największych amerykańskich koncernów trzymało w 2015 roku w rajach podatkowych 2,4 bln dolarów ukrytych zysków. Oznacza to, że nie zapłaciły w USA podatków o wartości ok. 690 mld dolarów. Polską lukę VAT-owską wystarczy tylko wspomnieć.

Liczba spółek od lat maleje, przez co rośnie akumulacja kapitału. Mamy coraz mniej firm na rynku, a mniejszej ilości podmiotów łatwiej się porozumieć, w związku z czym UE co roku nakłada miliardy euro kar za zmowy cenowe. Na marginesie – co by nie psioczyć na Unię to jest ona w tej chwili jedyną odpowiednio silną tarczą przed agresywnym kapitalizmem. Innym przykładem dążenia do maksymalizacji zysku za wszelką cenę jest aktywność wielkich korporacji w Amazonii. Jest ona na tyle rabunkowa, że nawet papież Franciszek zauważył w adhortacji Querida Amazonia: Interes niewielu potężnych firm nie powinien być stawiany ponad dobrem Amazonii i całej ludzkości.

Korporacje korumpują, korporacje szantażują. Bo mogą. Gerhard Schroeder, były kanclerz Niemiec do końca swojej kadencji lobbował za budową Nord Stream. Okazało się, że objął on później wysokie stanowisko w spółce… Nord Stream, kontrolowanej przez Gazprom (chociaż to akurat przykład korporacji realizującej interesy narodowe konkretnego państwa). Emanuel Macron swego czasu pracował u Rotschildów – jego główna rywalka na francuskiej scenie politycznej, Marie Le Pen, nie miała tego przywileju i jej ugrupowanie nie może uzyskać od żadnego banku pożyczki. Rząd Berlusconiego upadł przez czerwoną kartkę wyciągniętą przez rynki finansowe. Były przewodniczący Komisji Europejskiej Jose Manuel Barroso wszedł do rady Goldman Sachs International (tak szybko i ochoczo ściąganego do Polski przez premiera Morawieckiego, wywodzącego się ze środowiska bankierskiego), dwa miesiące po tym, gdy skończył mu się 18-miesięczny zakaz zajmowania stanowisk w korporacjach. Tata Motors wybudowało fabrykę o wartości ok. 7 mld zł na Słowacji. Polska oferowała w trakcie negocjacji ok. 350 mln zł wsparcia, Słowacy widocznie dali więcej. Gdy próbowano u nas wprowadzić podatek bankowy, to instytucje finansowe szantażowały rząd zapowiedzią, że przerzucą koszta na klientów. Takie przykłady można by mnożyć.

Jeszcze mniej ciekawie sytuacja przedstawia się w przypadku firm z branży cyfrowej. GAFAM – Google (do którego należy YouTube), Amazon, Facebook, Apple i Microsoft – oczywiście są ważnym narzędziem w polityce międzynarodowej USA, o czym świadczyć może chociażby wystąpienie poważnego napięcia dyplomatycznego w relacjach z Francją po wprowadzeniu przez ten kraj podatku cyfrowego czy też przyjęcie „z głęboką wdzięcznością” odrzucenia analogicznego podatku przez Polskę, ale dużo bardziej interesujące jest co innego. Dwie z tych firm decydują co widzą, a przez to również jak myślą, miliardy ludzi na całym świecie. Facebook ma około 2,5 mld użytkowników, co stanowi ponad połowę korzystających z Internetu. Z przeglądarki Google korzysta ponad 90% użytkowników Internetu, w Polsce niemal 99%. YouTube ma 2 mld użytkowników. Wszystkie te serwisy zbierają o nas niewyobrażalne ilości danych. I wykorzystują je do uprawiania inżynierii społecznej.

W sierpniu 2019 roku dr Robert Epstein zeznał przed komisją Senatu USA, że Google w poprzednich wyborach zapewniło H. Clinton co najmniej 2,6 mln głosów. Okazało się jednak to ilością zbyt małą, dlatego Jan Gennai, odpowiedzialna w Google za innowacje, snuła plany dużo poważniejszego manipulowania treściami, aby nie dopuścić do ponownego wyboru D. Trumpa w 2020 roku – co ujawnił Projekt Veritas. Przy okazji opublikowano ponad 120 stron wewnętrznej dokumentacji firmy, w której opisywano m.in. praktykę filtrowania „skrajnie prawicowych treści” czy też rozważania nt. „niesprawiedliwego i szkodliwego traktowania”, w których wyczytać można, że „nawet jeśli wyniki wyszukiwania są poprawne pod względem faktycznym, to należy rozważyć, w jaki sposób możemy pomóc społeczeństwu osiągnąć bardziej sprawiedliwy stan. Albo poprzez interwencję w algorytmach, albo poprzez zwiększenie wysiłków, by docierać z naszym przekazem do społeczeństwa”. Wcześniej Projekt Veritas ujawnił działania portalu Pinterest, który treści chrześcijańskie i konserwatywne oznaczał jako… niebezpieczne lub pornograficzne, przez co nie miały one szans na dotarcie do większej ilości odbiorców. Zamiast nich podsuwano użytkownikom materiały z „drugiej strony barykady”. Google niespecjalnie przejmuje się także prywatnością swoich użytkowników. Firma prowadziła projekt „Nightingale” w ramach którego gromadziła dane medyczne Amerykanów z 21 stanów (2600 szpitali, poradni, i laboratoriów). Ani pacjenci, ani lekarze i personel medyczny nie zostali o tym poinformowani. Cel – stworzenie oprogramowania opartego o AI, które opracowywałoby plany leczenia i zaleceń dla pacjentów. Korporacja wie, na co chorujesz i czym cię wyleczyć – rzecz jasna produktami firmy, która zapłaci najwięcej.

YouTube, platforma, której właścicielem jest Alphabet Inc., holding powołany przez Google, także bierze aktywny udział w cenzurowaniu Internetu. W samym tylko sierpniu 2019 roku usunięto 17 tysięcy kanałów, 100 tysięcy filmów i 500 milionów komentarzy. To wszystko dzięki algorytmom, które osiągają „nawet 80% skuteczności”. To ciekawe, szczególnie że w świetle badań LEGO co 3 dziecko w Wielkiej Brytanii i USA marzy o zawodzie vlogera youtubera. Drogą do spełnienia marzeń będzie więc… poprawność polityczna. YouTube dzieci ma na pewno na swoim celowniku – ukarany został nawet grzywną 170 mln dolarów za naruszenie amerykańskiej ustawy o ochronie danych osób poniżej 13 roku życia. Google miał czerpać zyski z profilowania reklam z wykorzystaniem gromadzonych takich danych, a YouTube reklamował swoją popularność wśród najmłodszych swoim klientom.

Nigdzie chyba nie zostawiamy dobrowolnie takich ilości naszych prywatnych danych jak na Facebooku. Tymczasem Standard & Poor usunęło go jakiś czas temu ze swej listy etycznych koncernów po licznych aferach związanych z wykorzystywaniem prywatności użytkowników, m.in. Cambridge Analytica. Sąd apelacyjny w San Francisco orzekł w sierpniu 2019 roku, że Facebook nielegalnie zbierał i przechowywał dane biometryczne milionów użytkowników ze stanu Illinois za pomocą funkcji rozpoznawania twarzy na zdjęciach, co było niezgodne z prawem tego stanu – mieszkańcy wytoczyli pozew zbiorowy. Nadużycia ostatecznie kosztowały korporację 550 mln dolarów wypłaconych w wyniku ugody. Aplikacja Facebooka na Androida bez wiedzy użytkownika skanowała jego foldery i pliki zaszytym w niej programem Global Library Collector, a potem wysyłała je na serwery portalu. Nawet Amnesty International stwierdziło, że działania Facebooka i Google zagrażają prawom człowieka i zaapelowało do państw świata o prawne ograniczenia możliwości gromadzenia przez nie danych. Facebook uprawia także aktywną działalność cenzorską. Wiceprezes firmy ds. marketingu przyznała w czerwcu 2019 roku, że portal zatrudnia już 30 tys. pracowników do tej pracy. Wg niej udawało się usuwać 99.8% treści terrorystycznych oraz 2/3 tzw. mowy nienawiści, zlikwidowano również ponad 2,2 mld „fake kont”. Portal oficjalnie też opatentował tzw. „shadowbanning”, czyli ukrywanie niektórych postów czy ograniczanie ich zasięgów bez wiedzy użytkowników. Po zabójstwie gen. Sulejmaniego Instagram i Facebook usuwały wszelkie przychylne Iranowi posty – nielegalne stało się pisanie, że Sulejmani walczył z ISIS oraz Al-Kaidą, bo narracja nie pasowała najważniejszemu współpracownikowi portali – rządowi USA. Ale przykładów cenzorskiej działalności nie trzeba szukać wcale tak daleko. Jeszcze kilka lat temu do czołówki najpopularniejszych stron na polskim Facebooku należały profile Marszu Niepodległości (+/- 250 tysięcy obserwujących), Ruchu Narodowego (150 tysięcy) Młodzieży Wszechpolskiej (80 tysięcy) i ONR-u (kilkadziesiąt tysięcy), które docierały każdego miesiąca do milionów użytkowników Internetu. Zostały pousuwane, udało uratować się tylko profil Marszu. Zdolności propagandowe budowane przez lata zniweczyła jedna decyzja kogoś z odpowiedniego działu Facebooka.

Facebook i Google kontrolują praktycznie cały ruch internetowy. Wystarczy, że ten pierwszy usunie fanpage, a ten drugi nie zaindeksuje strony i dany podmiot jest cyfrowo unicestwiony. Jest taka zasada – czego nie ma w Internecie, to nie istnieje. Żaden rząd nie ma takich możliwości. Dwie prywatne firmy, bez demokratycznego mandatu decydują co widzą i jak myślą miliardy ludzi. Bo wiedzą o tych miliardach ludzi więcej nawet niż ich najbliżsi. Jest to sytuacja skrajnie patologiczna.

Obie korporacje zarabiają dewastując nasze zdrowie fizyczne i psychiczne. Ich głównym źródłem przychodu są reklamy. Aż 2/3 środków przeznaczonych na ten cel w sieci trafia właśnie do nich. Im więcej czasu poświęcamy na korzystanie z ich produktów, tym więcej reklam oglądamy – warto przy okazji zaznaczyć, że są one atrakcyjne tylko i wyłącznie dzięki pracy twórczej użytkowników, którzy dodatkowo płacą za to, żeby tworzone treści trafiały do kolejnych użytkowników, którzy dzięki temu będą mogli obejrzeć kolejne reklamy (YouTube pozwala w bardzo niewielkim stopniu partycypować autorom w zyskach, Facebook uskutecznia grabież własności intelektualnej na masową skalę). A im więcej reklam oglądamy, tym większy korporacje mają zarobek. W interesie więc ww. korporacji jest to, żebyśmy gapili się w ekrany komputerów i smartfonów jak najdłużej. I robią one co mogą, żeby tak właśnie było. Skutkuje to całym pokoleniem z problemami z tzw. „smartfonową szyją” czy różnymi zwyrodnieniami kręgosłupa. A także popadającym w depresję, niepokój, problemy ze snem, trudności ze skupieniem, czytaniem długich tekstów, twórczym myśleniem, niepotrafiącym nawiązywać trwałych relacji.

Nie można nie wspomnieć także o Netflixie. Ma on budżet oscylujący w okolicach 17 mld dolarów. Budżet Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej jest kilkadziesiąt razy mniejszy… Ilość użytkowników Netflixa wynosi ok. 160 mln osób. Ci ludzie regularnie płacą pieniądze za produkty, których poprawność polityczna stała się wręcz memiczna. Na siłę obsadza się w głównych rolach aktorów czarnoskórych i kobiety, a poruszane tematy kręcą się wokół antysemityzmu, homofobii, rasizmu i im podobnych. Weźmy przykład pierwszy z brzegu – współczesną ekranizację „Ani z Zielonego Wzgórza” pt. „Ania, nie Anna”. Lucy Maud Montgomery ma nauczycielkę feministkę, w pewnej chwili poznaje historię sędziwej lesbijskiej pary, a na święta gości Murzyna, który jest przyjacielem jej ulubieńca – Gilberta Blythe’a. Ten z kolei poznaje nędzę kolorowego proletariatu ze slumsów z początku XX wieku, w związku z czym chce być lekarzem i pomagać najbardziej pokrzywdzonym. Gdy przebywa na Trinidadziem ochoczo odbiera poród czarnoskórej kobiety. Rudowłosa Ania jeszcze tak dojrzała nie jest, ale już coś jej się zdarzyło wspomnieć o męskim przyrodzeniu… Propaganda, indoktrynacja, pranie mózgów – na przestrzeni wieków takie działania nazywano różnie. Nie jest ważne, które określenie wybierzemy, jeżeli zdamy sobie sprawę z tego, że Netflix (i jemu podobne) jest potężnym narzędziem tworzenia Nowego Wspaniałego Świata. I swoje możliwości wykorzystuje nadzwyczaj skutecznie.

Współczesność ma niesamowitą zdolność adaptowania wszystkiego – nieważne czy złego, czy dobrego – do logiki komercyjno-konsumpcyjnej. Święty Mikołaj? Cyk, czerwony pajac z coca-colą w ręce. Dzień zakochanych? Pyk, plastikowe serduszka. Zbiórka na chore dzieci? Tadam, „róbta co chceta”. Piszesz mądre rzeczy na Facebooku i nawet ktoś to czyta? Ekstra, obejrzą nasze reklamy. Besensowna przemoc i uprzedmiotowianie drugiego człowieka? Łooo, będzie dobry film! I tak dalej. Wszystko, co zrobimy, jest współtworzeniem tego systemu – nawet uczynki wynikające z najlepszych intencji przyczyniają się do umacniania pozycji wroga. Sytuacji nie zmieni jakaś „rewolucja miłości” czy „rewolucja dobra”, bo miłość błyskawicznie stanie się rozpustą, a dobro złem, tak działa świat. Potrzeba planowego buntu przeciwko systemowi i dopiero będącej jego częścią „rewolucji miłości” lub „rewolucji dobra”, zwał jak zwał. Ta liberalno-kapitalistyczna struktura grzechu ma zbyt duże zdolności adaptacyjne, żeby ją obalić z wewnątrz. Trzeba więc wyjść poza nią.

Esse quam videri, czyli rzecz o pozerstwie

Przy założeniu, że człowiek jest człowiekiem i jego stosunek do świata jest ludzki, miłość możesz wymienić tylko na miłość, zaufanie tylko na zaufanie itd. Jeśli chcesz rozkoszować się sztuką, musisz być człowiekiem wykształconym w dziedzinie sztuki; jeśli chcesz wywierać wpływ na innych ludzi, musisz być człowiekiem, który rzeczywiście inspiruje i wiedzie naprzód innych ludzi. Każdy twój stosunek do człowieka – i do przyrody – musi być określonym, odpowiadającym przedmiotowi twej woli przejawem twego rzeczywistego indywidualnego życia – napisał kiedyś Karol Marks. I tu akurat miał rację,

Nie można tylko pozować na rewolucjonistę. Trzeba nim być. A rewolucja wykuwa się tylko w poświęceniu: A oni zwyciężyli dzięki krwi Baranka i dzięki słowu swojego świadectwa i nie umiłowali dusz swych – aż do śmierci. Chrystus był najdoskonalszym rewolucjonistą w dziejach. Pokazał, że droga do zmartwychwstania i całkowitej odmiany świata wiedzie przez krzyż.

Tylko krzyżując ciało, uczynimy je niedostępnym dla dywersanta na naszych tyłach i będziemy mogli faktycznie stanąć do walki. A wróg nie śpi: Biada ziemi i biada morzu – bo zstąpił do was diabeł, pałając wielkim gniewem, świadom, że mało ma czasu. Trzeba pamiętać, że z przeciwnego obozu cały czas może nadejść natarcie, w miejscach, gdzie najbardziej teren sprzyja do ataku. Należy się przed tym odpowiednio zabezpieczyć. Zawalić dojścia kamieniami. Zalać wodą. Uczynić niedostępnymi.

Wyłączyć Facebooka – korzystać z niego, tylko gdy musimy, np. aby szerzyć Ideę (niestety, prawda jest taka, że jest najłatwiejszym narzędziem docierania do ludzi, ten tekst też z pewnością będzie za jego pośrednictwem dystrybuowany). Wyznaczyć sobie 30 zbitych minut dziennie (np. od 17 do 17:30) na zaplanowanie postów, udzielenie się w naprawdę ważnej dyskusji w ramach struktur organizacyjnych, w jakich się znajdujemy itd. itp. I tyle. Nie używać go do luźnego korespondowania, zamiast pisać z kimś o głupotach przez cały dzień, lepiej się zdzwonić na kilka minut i porozmawiać. Wyłączyć powiadomienia, które tylko nas rozpraszają – a najlepiej w ogóle zrezygnować ze smartfona w codziennym życiu (żeby nie było – nie piszę o niczym, czego sam bym nie praktykował). Będziesz miał czas na myślenie i staniesz się inteligentniejszy. Serio. Netflixa omijać szerokim łukiem, a jak już serio czujesz potrzebę coś obejrzeć to lepiej zajrzeć do odmętów Internetu i nie płacić złamanej złotówki na utrzymanie tuby propagandowej politycznej poprawności. W ogóle jakiekolwiek wspomaganie jakiejkolwiek ponadnarodowej korporacji jest głęboko niemoralne. Czasem nie da się tego uniknąć (nie można też popadać w paranoję) – bo np. tylko Adidas i jemu pokrewne firmy produkują buty sportowe naprawdę najwyższej jakości – ale trzeba przynajmniej się starać. Warto zacząć od lokalnej lojalności konsumenckiej, a jak ta będzie niemożliwa do praktykowania to chociaż patriotyzmu gospodarczego. Jeśli musimy kupić od wielkiej firmy (niekoniecznie ponadnarodowej – obcego kapitału też nie warto wspierać) to niech chociaż będzie nasza (chociaż akurat my, Polacy, luksusu takiego wyboru raczej nie mamy). Wytworów wielkiego kapitału nie tykać bez wyraźnej przyczyny. Wyszukiwarkę Google można zastąpić jakąś inną, najlepiej jak najmniej komercyjną (np. DuckDuckGo; zamiast Google Chrome np. przeglądarkę Brave). Bardzo ważne jest też bardzo fizyczne wyrwanie się z tej otaczającej nas struktury grzechu. Ruszyć poza miasto. Do przyrody. Jak najczęściej. Dobrą praktyką są nocne spacery przynajmniej raz w miesiącu szlakami Ekstremalnej Drogi Krzyżowej. Współczesny świat powszechnie uprzedmiotawia drugiego człowieka, należy więc pamiętać w każdym przypadku o skrajnym szacunku do bliźniego – nieważne czy jest to śmierdzący bezdomny, czy kobieta w wyzywającej pozie na reklamie myjni samochodowej. Trzeba też znaleźć coś, co nauczy pokory, złamie nas wewnętrznie – może być to np. wolontariat w hospicjum. Drogi rewolucji są różne.

Walcz mężnie, złą siłę siłą się zwycięża (…) Teraz jest czas działania, teraz czas walczenia, teraz czas stosowny do poprawy – pisał Tomasz a Kampis. Psalmista nawołuje: Bohaterze, przypasz do biodra swój miecz, swą chlubę i ozdobę! Szczęśliwie wstąp na rydwan w obronie wiary, pokory i sprawiedliwości, a prawica twoja niech ci wskaże wielkie czyny! Współczesny świat jest karnawałem pozerstwa – pozujących ludzi, pozorowanych zmian, pozorowanych walk. Drży w posadach, gdy pojawia się człowiek prawdziwy.

Film „Podziemny Krąg” kończy się symboliczną sceną wysadzenia w powietrze siedzib instytucji finansowych. Cel to anulowanie wszystkich długów, rozpoczęcie życia społeczeństwa od nowa. Może byłoby to możliwe w 1999 roku, ale dziś niechciane dane przetrwałyby w chmurze internetowej. Nie jest to droga rewolucji przeciwko współczesnemu światu – ta w filmie dokonała się tak naprawdę zupełnie gdzie indziej. W bohaterze, który skończył ze swoim rozdwojeniem jaźni i rozpoczął poszukiwanie człowieka prawdziwego. Odrzucił niewolące go elementy systemu. Zrobił to, niszcząc wszystko co wcześniej go zajmowało. Nie mamy naszej Wielkiej Wojny, ani Wielkiego Kryzysu. Naszą Wielką Wojną jest wojna ducha, a nasz Wielki Kryzys to całe nasze życie. Zostaliśmy wychowani w duchu telewizji, wierząc, że pewnego dnia będziemy milionerami, bogami ekranu i gwiazdami rocka. Ale nie będziemy. Powoli to sobie uświadamiamy. I jesteśmy bardzo, bardzo wkurwieni – w ten sposób przemawia do uczestników organizowanych przez siebie walk. Trudno się z nim nie zgodzić. Z tą uwagą, że dziś wychowywani jesteśmy w duchu mediów społecznościowych. A te są dużo skuteczniejsze we wmawianiu nam, jacy mamy być, a jacy nigdy nie będziemy. Pozostaje albo apatia i depresja, albo rewolucja. Tylko ta druga może uratować nasze pokolenie.

Rewolucja musi być czymś prawdziwym. Pozerowi zależy, żeby sprawiać dobre wrażenie. Założyć elegancką marynarkę z wpiętym znaczkiem, dzięki któremu będzie wyglądał, jakby stało za nim coś więcej, taki sposób dowartościowania. Cieszy się, że znalazł swój klub anonimowych alkoholików, gdzie ma go kto pocieszyć i poklepać po plecach. Pozer może też latać w kominiarce z czaszką, zwalczać kapitalizm w dresach z trzema pasami i butach New Balance. Pozować na rewolucjonistę, wcale nim nie będąc. Jeden i drugi, tytani ducha, przodownicy pracy rewolucyjnej, w chwili wytchnienia zaczynają brylować między znajomymi na Facebooku. A między kolejnymi powiadomieniami z pasją śledzą losy bohaterów netflixowego serialu, przegryzając hamburgerem McDonalda, dowiezionym przez Hindusa z Uber Eats. I czasem pośmieją się z papieża-Polaka i pana Romana. I tak sobie rewolucjonizują, żeby mieć coś do roboty w życiu. To są ludzie ukształtowani przez współczesny świat i wchodząc masowo do organizacji ideowych, przekształcają je na modłę świata. To pierwsza kategoria pozerów. Ci szybko się wypalają i zazwyczaj kończą w, rozumianym tak czy inaczej, korycie.

Druga kategoria to ludzie żyjący w świecie bezwzględnej racji, służący Jedynej Słusznej Sprawie i w związku z tym nieczujący się w obowiązku do zwyciężania w jej imieniu. Życie mężczyzny jest ufarbowane na kolor jego wyobraźni – pisał Marek Aureliusz. Szkoda, że w ich przypadku te piękne barwy przykrywają tylko całkiem paskudny materiał, z którego są wykonani. Wydaje im się, że jeżeli są po „właściwej” stronie, to zwalnia ich to z obowiązku skutecznego działania. Bujają się po sekciarskich zlotach albo siedzą cichutko w domowym zaciszu, z nosem zadartym powyżej czoła, nie mając żadnego, ale to absolutnie żadnego wpływu i znaczenia. Zamykają się na swój Kościół i swój Naród, bo prawda jest z nimi i poza nimi nie ma Zbawienia. Egzystują sobie i nikt nawet tego nie zauważa. Przeprowadzają rewolucję o nieprzyzwoicie ograniczonym zasięgu, bo tak naprawdę brakuje im wiary w zwycięstwo. A to jest najgorsze.

Każdy, kto ma określony talent, ma obowiązek go wykorzystywać, jak najskuteczniej pełniąc służbę. Nie dlatego zwyciężymy, że broni nas system wartości absolutnych, przeciwnie: to system wartości absolutnych musi zwyciężyć dlatego, że my go bronimy – przekonywał Andrzej Trzebiński. Św. Maksymilian z kolei nauczał: Sami więc z siebie nic nie potrafimy chyba tylko zło, które właśnie jest brakiem dobra, porządku, siły. Zło jest skutkiem braku siły, która jest w stanie dobro narzucić. Tu właśnie widać wyższość wszelkiej maści materialistów – oni nie mają perspektywy wiecznej i działają maksymalnie wydajnie w życiu ziemskim, tworząc siłę stojącą za ich racjami. Cóż, gdyby wierzący faktycznie wierzyli, w to co wydaje im się, że wierzą, to poważnie potraktowaliby słowa, że tylko nieliczni wejdą do królestwa niebieskiego – żeby być w tym gronie, trzeba zrobić naprawdę kawał dobrej roboty. Ale żeby zacząć tak działać trzeba naprawdę uwierzyć. I w tym tkwi szkopuł. Pismo mówi: Już siekiera do korzenia drzew jest przyłożona. Każde więc drzewo, które nie wydaje dobrego owocu, będzie wycięte i w ogień wrzucone; a także: Jakże ciasna jest brama i wąska droga, która prowadzi do życia, a mało jest takich, którzy ją znajdują. Warto te słowa wziąć na serio.

Codreanu pisał, że celem Legionu jest misja duchowa, tzn. zmartwychwstanie ducha narodu. Renesans. Przejście z wieku śmierci w wiek życia. Wiek śmierci to brak wiary w Boga, naród i jego kierowników, brak wiary w swoją przyszłość, brak godności narodowej. (…) Brak porządku w życiu prywatnem i publicznem. Interes prywatny stoi ponad interesem narodu, państwa. To jest właśnie wiek śmierci. Wiek życia to przeciwieństwa. Wiara, porządek, odwaga, poprawność. Nasza misja to odnowienie, wzbudzenie tych przymiotów w narodzie rumuńskim (…) Dlatego czeka nas bardzo ciężkie zadanie, bo i ból umierania i ból powstawania. Rewolucja przeciw współczesnemu światu zawiera w sobie ból umierania starego ja i ból powstawania nowego człowieka. Zadaniem rewolucji jest przywrócenie autentycznej wiary w to, co absolutne. Wytworzenie arystokracji ducha. Nie pisanie rewolucyjnych programów, a kreowanie warunków do ich realizacji.

Prawdziwa rewolta przeciw współczesnemu światu musi być skutkiem świadomej, niewymuszonej przez warunki zewnętrzne, decyzji o jego odrzuceniu – na swój własny sposób, nie trzeba od razu zostawać amiszem. Prawdziwa rewolta nie może być przeprowadzona przez rewolucjonistę skorumpowanego przez współczesny świat.

Już w 1934 roku Zdzisław Stahl zauważał: Źle się dzieje w państwie ideowego wychowania młodzieży, gdy takie ono rodzi owoce. Gdy przygotowaniem swoim do pracy publicznej zniechęca do niej ostatecznie młodzież, odwraca od spraw ogólnych do egoistycznego filisterstwa, gdy głosząc bardzo wzniosłe i moralne hasła prowadzi w gruncie rzeczy do smutnej demoralizacji. Jakaś przepaść dzieli widać idee, którymi karmi się młodzież akademicka od życia, gdy kruszą się one przy pierwszym zetknięciu z tym życiem. Albo te idee nie tkwią swymi korzeniami w biegu życia narodowego, albo nie wrastają dość mocno w dusze tej młodzieży, która je głosi i wyznaje. Może nie wrastają w nią dość głęboko, bo naprawdę są jej obce i odurzywszy chwilowo, spływają po niej bez śladu.

Współczesny świat potrzebuje rewolucji, to rzecz pewna. Albo rewolucja w nas wrośnie, albo nic z naszej, najbardziej aktywnej nawet, działalności nie będzie. Albo się jest, albo tylko sprawia wrażenie.

Adam Szabelak
CZYTAJ TAKŻE: Adam Szabelak: Pełnia tożsamości

Adam Szabelak

Czytaj Wcześniejszy

Włoski polityk usuwa unijne flagi – "Europa nas opuściła" [+WIDEO]

Czytaj Następny

Aleksandra Nowak: Czy w Medjugorie doszło do mistyfikacji?

Komentarze

  • […] „Rewolucja sztucznej inteligencji (SI) może stworzyć bezprecedensową nierówność nie tylko pomiędzy klasami, ale także pomiędzy krajami. W dziewiętnastym wieku kilka krajów, takich jak Wielka Brytania i Japonia, uprzemysłowiło się jako pierwsze, aby następnie podbić i wyzyskiwać większość świata. Jeśli nie zachowamy ostrożności, to samo stanie się w XXI wieku z SI.” – nierówności społeczne są kolejnym wielkim problemem, który nas czeka. Przepaść między bogatymi a biednymi rośnie w zatrważającym tempie i wszystko wskazuje na to, że taka tendencja się będzie utrzymywać. Więcej o nierównościach i problemach współczesnego świata można przeczytać w tekście Adama Szabelaka pt. „Rewolta przeciw współczesnemu światu”. […]

Zostaw Odpowiedź

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *