Nauczanie św. Maksymiliana Marii Kolbe #1

Sylwetka św. Maksymiliana Marii Kolbe, niezmordowanego społecznika i męczennika, jest raczej dobrze znana. W ostatnich latach ukazywały się liczne poświęcone mu książki, filmy czy piosenki. W 2016 roku na swojego patrona obrała go Młodzież Wszechpolska. Bez przesady stwierdzić można, że św. Maksymilian jest obecny w świadomości społecznej Polaków. Ale czy za tym idzie znajomość jego nauczania? Tutaj można mieć poważne wątpliwości. Na naszych łamach temat poruszał już Piotr Głowacki w tekście  Czego uczy nas św. Maksymilian Maria KolbeTeraz zdecydowaliśmy się sięgnąć do źródeł – w trzech częściach publikujemy zbiór tekstów świętego, które ukazały się m.in. w Rycerzu Niepokalanej. Zapraszamy do lektury!

Część druga – link.
Część trzecia – link.
Spis treści:

  1. Czy prawda się zmienia?
  2. Kim jest Bóg?
  3. Nieomylność papieża
  4. Jak powinniśmy się modlić?
  5. Zwycięstwa Niepokalanej
  6. Łaska Boża, a dary natury u Świętych.
  7. Nawrócenie Ratisbona
  8. Świętość
  9. Gdzie jest szczęście?
1. Czy prawda się zmienia?

Było to dnia 13 marca bieżącego roku. Jechałem właśnie do Warszawy. Naprzeciw mnie siedziała poczciwa sobie żydówka, obok niej jakiś facet również mojżeszowego wyznania, po owej zaś prawej stronie inteligientna pani, której pochodzenie zdradziło dopiero zatopienie się w żargonowej gazecie. Skończyłem mój brewiarz, oglądałem dziennik i westchnąwszy do Niepokalanej szukałem – zaczepki: Zwracam się wreszcie do owego młodziana.

– Czy pan jest izraelitą?

– Tak jest.

– A z jakiej frakcji politycznej?

– Ja jestem syjonistą.

– Czy mógłby mi pan więc wyjaśnić cele syjonizmu?

– Pan to już musi wiedzieć.

– Tak, słyszałem wiele o syjonizmie, ale chciałbym właśnie z ust samego syjonisty o tem się dowiedzieć.

Owa inteligentna osoba, która widocznie dzieliła poglądy młodziana, wtrąciła się też do rozmowy dowodząc, że celem syjonistów jest odzyskać ojczyznę dla rozproszonych żydów.

– Ależ wy się w Palestynie nie pomieścicie, zauważyłem, więc syjonizm zapewne obszerniejszy sobie plan zakreślił?

Dowodzili że nie[1], następnie odróżniali syjonistów jako „postępowych” w przeciwieństwie do ortodoksów „pobożnych”, „klerykalnych”.

– I którzy z nich mają słuszność? – zapytałem.

– Prawdy ustalić nie można, bo ona zmienia się z czasem – twierdziła owa pani – tak np. przedtem było prawdą, że słońce kręci się w około ziemi, a teraz po Koperniku prawdą jest, że właśnie ziemia dookoła słońca się obraca, i nie wiemy jak będzie potem. Więc prawda jest zmienna.

– Proszę pani, ile jest dwa i dwa?

– Cztery.

– A ile było przed 100 laty?

– Też cztery.

– A za 1000 lat ile będzie?

– …. Tak, ale to się tyczy tylko prawd matematycznych.

– Czy całość jest większa czy też mniejsza od części?

– Oczywiście, że zawsze będzie większą, ale i to jest już prawda matematyczna. Weźmy jednak taką rzecz: mówimy, że ten papier jest biały, a przecież kolor to jest wrażenie jakie odnosi nasze oko.

– Proszę pani, co innego jest wyjaśnić, co to jest kolor biały, a co innego powiedzieć, czy ten papier jest biały. W pierwszym wypadku wskazujemy na przyczyny tej rzeczy i oczywiście nie możemy od razu wygłaszać twierdzenia bez dostatecznego badania. Dobrze też należy rozróżnić między rzeczami pewnymi, bardzo prawdopodobnymi, prawdopodobnymi i wątpliwymi. Tak np. obecna teoria czy hipoteza o drganiach eteru, załamywaniach promieni, odbijaniach itd. jest rzeczywiście bardzo prawdopodobna, chociaż żaden uczony nie odważy się jeszcze ogłosić jej a jako pewnik naukowy. Inaczej rzecz ma się z faktem, że ten papier jest biały. Tu mamy zupełną pewność, nie wchodząc zupełnie w sprawie wyjaśnień, na czym polega ta jego białość i jak się to dzieje, że my ten papier jako biały widzimy. Do tego też odnosi się pani przykład o obracaniu się ziemi wkoło słońca. I dzisiaj nikt nie zadziwi się, gdy astronom badający całą noc gwiaździste niebo, nad ranem spojrzawszy na rozpłomieniony horyzont, powie: Jak piękny wschód słońca! Owszem, o wiele dziwaczniej wyglądałoby, gdyby, nie wyrażając bezpośredniego spostrzeżenia, przemówił: O jak pięknie ziemia wykręciła się w stronę słońca! Powiedzenie: „słońce wschodzi” chyba jest i będzie zawsze to samo, chociaż wyjaśnienia przyczyn tego zjawiska mogą być zmienne, dopokąd nie dojdziemy do zupełnej pewności.

– A jakie jeszcze są takie prawdy.

– Na przykład, że my tu siedzimy, rozmawiamy. To jest prawdą i pozostanie taką na zawsze.

– Ale my potem pójdziemy stąd; więc już ta prawda się zmieni.

– Wcale nie, bo zostanie zawsze prawdą, że w tym czasie myśmy tu siedzieli i rozmawiali. I choćby wszyscy ludzie twierdzili i przysięgali i jeżeli kto chce śpiewali na 4 czy na 10 głosów, że tak nie było, to mimo to wszyscy powiedzą nieprawdę, a to zdarzenie zostanie prawdą.

[1] Nawet nie wszyscy Żydzi o tem wiedzą, że założycielom syjonizmu chodziło raczej o opanowanie całego świata. Poważnym na to dowodem są „Protokoły mędrców Syjonu” (Księgarnia Perzynski – Nowy – Świat 21 – Warszawa). I do tego redukuje się robota masońska.

2. Kim jest Bóg?

(Na ten temat nieraz rozmawiałem i nie mógłbym teraz dokładnie rozróżnić wątku poszczególnych rozmów; dlatego darują zainteresowani, że podam tu roztrząsane zagadnienie raczej wedle logicznego związku).

Ciemności coraz bardziej rzedły, a światło coraz obficiej wlewało swe promienie przez szyby wagonu na linii Grodno-Białystok-Warszawa. Za towarzyszów podróży miałem tym razem trzech Żydów, dosyć inteligentnych. Tylko po szwargotaniu rozpoznać ich było można. Wszczęła się rozmowa o religii i Bogu. Istnienie pierwszej przyczyny wszechrzeczy uznawali wszyscy.

– Czym jednak jest ten Pan Bóg, pierwsza przyczyna? – spytałem.

– Moim zdaniem – odparł jeden z nich, którego policzki i odzienie kazały wnosić o wcale wygodnym stanie materialnym – Bóg to jest ta cała natura[1].

– To być nie może.

– A dlaczego?

– Z tego prostego powodu, że przyczyna istnieje przed skutkiem, więc skutek jako zaczynający swe istnienie później, nie może być tym samym co przyczyna, ale musi być od niej realnie różny; otóż natura, przyroda, jest skutkiem, dlatego też nie może być zarazem przyczyną.

– Siły przyrody możemy przecież nazwać Bogiem.

– I to nie, bo i te siły są skutkiem.

– Po czym my możemy poznać, że te siły są skutkiem, a nie pierwszą przyczyną?

– Bo są skończone.

– Więc pierwsza przyczyna musi być nieskończona?

– Bez wątpienia.

– Dlaczego?

– Cokolwiek istnieje, musi mieć jakąś rację bytu, tak też i granice w istnieniu muszą mieć swoje „dlaczego”. Otóż w istocie, która jest pierwszą przyczyną, nie może być racji (dlaczego) dla granic, bo skądżeż by one mogły pochodzić? Albo z zewnątrz, albo też z wewnątrz tej pierwszej przyczyny. Nie z wewnątrz, bo przecież naprzód trzeba by istnieć, aby coś działać, więc i ograniczać, kiedy zaś owa pierwsza przyczyna istnieje, już jest albo ograniczona, albo nie. Sama nie może nakreślić granic swej istocie. Ani też z zewnątrz takie ograniczenie przyjść nie mogło, bo inaczej już ta przyczyna nie byłaby pierwszą. Więc ani z wewnątrz, ani z zewnątrz nie może być racji dla granic, więc tych granic być nie może; przyczyna więc ta pierwsza musi być nieskończoną. Wszystko, na czym wyciśnięte jest piętno granic, nie może być tą pierwszą przyczyną wszechrzeczy; a przecież i siły przyrody działają wedle praw, dających się ująć w ścisłe matematyczne formułki, poza które już ich siła nie sięga.

– O Bogu zresztą niewiele możemy wiedzieć.

– Owszem, nie możemy wprawdzie zgłębić Jego istoty i Jego doskonałości, bo Bóg jest istotą nieskończoną, a nasza głowa ma granice i wchodzi w czapkę albo kapelusz, ale wiele o Panu Bogu wiedzieć możemy.

– Na przykład?

– Naprzód widzimy celową budowę członków w ciele ludzkim i zwierzęcym, części w roślinach i w ogóle z góry obmyśloną harmonię we wszechświecie. Istota więc, która to wszystko powołała do bytu, musi mieć rozum, musi być osobą. Następnie cokolwiek jest w skutku, musi w jakiś i to doskonalszy sposób być w przyczynie. Weźmy malarza. Nie daje on ze siebie obrazowi ni farby, ni płótna; to wszystko bierze z zewnątrz. Co jednak daje, tj. kształty, to musi mieć w sobie. Musiał on naprzód wyobrazić sobie ten obraz, zanim wziął pędzel do ręki; wedle wzoru też, utworzonego w umyśle i w fantazji, maluje. Lecz Pan Bóg nie brał niczego z zewnątrz; On, jako pierwsza przyczyna, wywiódł swe twory z nicości, dał im wszystko, wszystkie więc doskonałości stworzeń i w Nim być muszą tylko w sposób, jak to przedtem zaznaczyłem, nieskończenie doskonały, bo w Nim granic być nie może.

Słuchali z zajęciem, więc rozmowa toczyła się dalej o Mesjaszu, odkupieniu i celu człowieka.

[1]  Rozmówca reprezentował panteistyczny sposób myślenia. Św. Maksymilian polemizował opierając swe rozważania na arystotelesowsko-tomistycznej koncepcji przyczynowości.

3. Nieomylność Papieża

– Nie powiem, żebym był niewierzącym, wierzę w istnienie Boga, ale przecież niepodobna znowu uznawać za prawdę wszystkiego, czego Kościół Katolicki naucza.

– A to dlaczego?

– Bo pewne rzeczy nie godzą się z faktami.

– Na przykład?

– Niedawno temu ogłoszono nieomylność papieża jako dogmat, a jednak nie można powiedzieć, żeby wszyscy papieże nigdy nie zboczyli z prawej drogi.

– Więc pan chce powiedzieć, że i papież może zgrzeszyć?

– Tak jest.

– Tego też nikt mu nie zaprzecza. Owszem mogę pana zapewnić, że i papież się spowiada i to tak często jak każda inna osoba duchowna, to jest co tydzień. Znam nawet osobiście księdza, który był spowiednikiem ś. p. Ojca św. Benedykta XV. Jest nim O. Aleksander Basile, jezuita. Należy więc dobrze rozróżnić nieomylność od bezgrzeszności.

– Jednak nawet w tym znaczeniu nie nazwałbym papieża nieomylnym; czyż można bowiem przypuścić, by papież, dlatego, że jest papieżem posiadał już wszelką wiedzę i na każde zagadnienie potrafił trafnie odpowiedzieć.

– Ależ panie, to pan chyba nigdy nie czytał o dogmacie nieomylności papieża. Nikt przecie tego od papieża nie żąda. Papież jest nieomylnym tylko w rzeczach wiary i obyczajów i to nie kiedykolwiek o tych nawet sprawach mówi lub pisze, ale jedynie, gdy jako Pasterz całego Kościoła, najwyższą swą Apostolską powagą orzeka, że dane twierdzenie tyczące wiary i obyczajów jest prawdą objawioną, lub ściśle złączoną z objawionemi prawdami i dlatego każdy je przyjąć musi. Tak więc papież nie jest bynajmniej nieomylnym w sprawach tyczących jedynie nauk przyrodniczych, polityki itd., a nawet w rzeczach tyczących wiary i obyczajów, gdy mówi jako zwyczajny ksiądz lub uczony. I tak np: liczne dzielą papieża Benedykta XIV, chociaż mają wielką powagę jako wspaniałe prace uczonego, to jednak nie należą wcale do dogmatów.

W rzeczach zaś wiary i obyczajów doprawdy inaczej być nie mogło, bo jakiż byłby to Kościół, w którym nic nie byłoby pewnem, gdzieby nie można było wiedzieć w co wierzyć i jak postępować? Widok rozkładającego się w oczach naszych protestantyzmu jest tego najlepszym obrazem. Na cóż by się zdało wówczas nauczanie Chrystusa Pana? Jakże mógłby wtedy Pan Jezus grozić potępieniem tym, którzy nie uwierzą Apostołom[1], gdyby wszyscy razem mogli fałsz głosić? Cóż by znaczyły słowa Zbawiciela wyrzeczone do Piotra: „Ja prosiłem za tobą, aby nie ustała wiara twoja; ty zaś w przyszłości nawróciwszy się utwierdzaj swych braci” gdyby on był omylnym? Jakżesz mógłby wtedy utwierdzać innych? A wreszcie, jakoż by się spełniły słowa Chrystusa do Piotra: „Ty jesteś opoka, i na tej opoce zbuduję Kościół mój, a moce piekielne nie przemogą go”? Przecież gdyby papież uczył fałszu lub moralnego zła, już fałsz i zło święciłyby tryumf.

– Więc to chyba Pan Bóg musi objawić papieżowi w takich wypadkach co jest prawdą?

– Wcale tego nie potrzeba, wystarczy, by Pan Bóg nie dopuścił mu zbłądzić, przecież definicję dogmatyczną poprzedzają gruntowne studja uczonych nad Pismem Świętym i Kościelną Tradycją od pierwszych wieków i dopiero ostatnie słowo wypowiada tu papież.

– W każdym razie w całej tej sprawie jest coś niezwykłego.

– Oczywiście, ale czy też sprawa zbawienia dusz nie zasługuje na to? Panu Bogu zresztą nie trudniej działać rzeczy niezwykłe, niż te, które my zwykłemi nazywami. Tylko dla nas stanowi to różnicę, bo rzeczy i zjawiska które często podpadają pod nasze zmysły już nam powszednieją, a co rzadko albo nigdy jeszcze nie widzieliśmy jest dla nas niezwykłością.

[1] Por. Mk 16,16.

4. Jak powinniśmy się modlić?

Modlitwa to zapoznany, a jednak najpotężniejszy środek do przywrócenia pokoju w duszach, do dania im szczęścia, zbliżenia ich do miłości Bożej. Modlitwa odradza świat. Modlitwa jest warunkiem nieodzownym odrodzenia i życia każdej duszy.

Miłość nie polega na uczuciach, chociaż i te są dobrem (przypadłość); ale na cenieniu Pana Boga ponad wszystko (Tomasz Morus). Żeby zrobić przyjemność jak największą Panu Bogu, unikaj nie tylko grzechu śmiertelnego i powszedniego, ale staraj się wypełnić także rady.

Naśladuj, co widzisz dobrego w innych.

Nic nie ufaj sobie: we wszystkim całkowicie zaufaj miłosierdziu Bożemu, co przez Niepokalaną cię prowadzi.

Z ufnością czyń, co masz czynić, nie wdając się w sprawy innych; tak uzyskasz o wiele więcej czasu do wypełniania własnych obowiązków.

Dozwól się prowadzić, szczególnie w rzeczach, które ci się nie podobają.

Upomnienie jest aktem miłości. Przyjmuj je z wdzięcznością.

Jeżeli zaniedbasz łaski unikania okazji do grzechu, nie otrzymasz łaski zwycięstwa.

Czy dawanie dobrego przykładu jest obowiązkiem? Tak! Wszyscy z otoczenia mają prawo żądać i chcą dobrego przykładu.
Kto z nas inaczej postępuje, grzeszy nie tylko przeciw Panu Bogu, ale i wobec bliźnich. Popełnia więc grzechy cudze.

Choćbyśmy się najwięcej trudzili i zamęczali – niewiele zrobimy, jeżeli nie damy dobrego przykładu.

Źródłem pokoju jest zdać się na wolę Bożą: robić, co jest w naszej mocy, resztę zostawić staraniu Bożej Opatrzności i zaufać jak dziecko Matce swej najlepszej.

Pan Bóg nie mierzy modlitwy na metry i jej wartość wcale nie zależy od ilości odmawianych różańców czy koronek. Istotę modlitwy stanowi wzniesienie myśli i duszy do Boga.

Modlitwą wszystko (prawdziwie pożyteczne) na pewno otrzymasz. Ale natrętnie, stale módl się; z coraz większą żarliwością. A Pan Bóg przez cię będzie cuda wykonywał.

Napoleon powiedział: by wygrać wojnę, potrzeba trzech rzeczy: pieniędzy, pieniędzy, pieniędzy. By zdobyć niebo, świętość potrzeba też trzech rzeczy – modlitwy, modlitwy, modlitwy. Od jakości modlitwy zależy wszystko.

5. Zwycięstwa Niepokalanej

W tych dniach przyszła do mnie pewna pani i prosi bym się udał do chorego, który… nie chce się spowiadać. Był już u niego Ks. H. i ten właśnie przesłał ją do mnie, bo zabiegi jego chybiły.

– Czy odmawia on do Matki Naśw. choćby jedno „Zdrowaś Marja” na dzień? – spytałem.

– Proponowałam mu to, ale odpowiedział, że w Matkę Bożą nie wierzy.

– To proszę mu zanieść ten medalik – rzekłem podając Cudowny Medalik – czy dla pani przyjmie on go i pozwoli sobie zawiesić na szyi?

– Dla mnie to zrobi.

– Więc dobrze, niech mu go pani zaniesie i modli się za niego; ja zaś postaram się tam zaglądnąć.

I poszła… W międzyczasie spotkałem się z ks. H. „Byłem u chorego, jako u mego znajomego, opowiadał mi on, ale nic się zrobić nie dało. Proszę tam zajść. Przytem muszę zaznaczyć, że chory to człowiek inteligentny; dopiero co ukończył leśnictwo na uniwersytecie”.

Niedługo potem przyszli ponownie owa pani zawiadamiając, że z chorym gorzej, a obecni przy nim rodzice nie kwapią się wcale, aby sprowadzić księdza, gdyż obawiają się, żeby nie zrobić na nim wrażenia. Chory sobie nie życzy księdza i rodzice jego również: więc po cóż tam pójdę? myślalem sobie, ale mimo wszystko poszedłem, chociaż w głębi duszy nurtowało zwątpienie, czy wycieczka się uda. Jedyna nadzieja to medalik, który przecież chory ma już na sobie. W drodze odmawiałem różaniec. Po uciążliwem chodzeniu zadzwoniłem do bramy szpitalnej. Wkrótce zaprowadzono mnie do sali dla zakaźnych, gdzie właśnie leżał chory. Usiadłem przy jego łożu i nawiązałem rozmowę. Wypytywałem o stanie zdrowia, a wkrótce rozmowa przeszła na sprawy religijne. Chory wyłuszczał swoje wątpliwości, a ja starałem się mu je wyjaśnić. Przy rozmowie zauważyłem na jego szyi niebieski sznureczek, właśnie ten na którym nawleczony był medalik. Ma medalik, pomyślałem; więc sprawa wygrana.

Nagle chory zwraca się do mnie i mówi – „Księże możeby przystąpić do rzeczy?

Więc pan się chce wyspowiadać, zapytałem? W odpowiedzi rzewny płacz wstrząsnął jego wychudłą piersią… To trwało dobrą chwilę… Gdy chory się uspokoił zaczęła się spowiedź.

Po otrzymaniu Wiatyku i Ostatniego Olejem św. Namaszczenia chory dla okazania wdzięczności ujął mnie i w usta pocałował. Mimo zaraźliwości choroby chętnie dałem mu ten pocałunek pokoju. – Cześć Niepokalanej za to zwycięstwo!!!

Obok leżał drugi chory. Powiedziano mi w szpitalu, że i po niego śmierć już rękę wyciąga; on jednaki o spowiedzi nie myśli. Poleciłem więc i jego Niepokalanej za przyczyną niedawno beatyfikowanej Bł. Teresy od Dzieciątka Jezus. Na drugi dzień przyszedłem niby dla odwiedzenia poprzedniego chorego, a właściwie po drugiego. Siadłem przy pierwszym, a tymczasem poleciłem sanitariuszce, by spytała go, czy nie zechciałby skorzystać z mej obecności. Chory mnie nie zauważył. To też odpowiedział niecierpliwie „Lekarz twierdzi, że za tydzień wyzdrowieje, a tu mnie nudzą księdzem.”

Nie zrażając się takim usposobieniem chorego rozpocząłem z nim rozmowę, i przysiadłem obok niego. Widząc, że chory uporczywie odkłada spowiedź, wyjąłem naszą „kulkę” w Milicji t. j. Cudowny Medalik. Chory zapytał: Co to jest? Wyjaśniłem mu pokrótce. Pocałował go, pozwolił sobie włożyć na szyję i… rozpoczęła się spowiedź.

Niech Niepokalanej będą wieczne dzięki za tak łaskawe a miłosne zwycięstwa.

6. Łaska Boża, a dary natury u Świętych

Każdemu z ludzi wyznaczył Bóg jakieś określone posłannictwo na tym świecie — i już wtedy, gdy wszechświat stwarzał, tak skierowywał pierwsze przyczyny, aby łańcuch nieprzerwany ich skutków tworzył warunki i okoliczności do wypełnienia tego posłannictwa jak najodpowiedniejsze. Każdy zatem człowiek rodzi się ze zdolnościami zastosowanemi do zleconego sobie zadania i przez cały ciąg życia otoczenie i oko­liczności wszystko tak się składa, aby mu dopięcie celu możliwem i łatwem uczynić.

I to osiągnięcie celu stanowi właśnie całą doskonałość człowieka; a im kto dokładniej z tego zadania się wywiąże, im ściślej posłannictwo swe wypełni, tem jest większym w oczach Bożych i świętszym.

Prócz darów naturalnych towarzyszy jeszcze człowiekowi od kolebki aż do grobu łaska Boża i zlewa się na każdego z nas w takiej ilości i jakości, aby wiotkie siły ludzkie wzmocniły się dostatecznie i nabrały nadziemskiej tężyzny do podołania swemu zadaniu.

I wielu świętych przez cały ciąg życia swego stale współ­działało z darami Bożemi czy to naturalnemi, czy nadnaturalnemi. Nie myślę tu jedynie o Przeczystej Bogarodzicy, co wyjątkowym, przywilejem już w Poczęciu swem Niepokalana, nawet najdrobniejszym grzechem nie skalała swej duszy — ale o zastępach takich dusz czystych jak św. Alojzy, lub rodak nasz św. Stanisław Kostka myślę — stanęli oni przed sądem Bożym w szacie niewinności otrzymanej na chrzcie św.

Nie mniej jednak między świętymi jest takich, co przez dłuższy lub krótszy przeciąg czasu nadużywali darów Bożych, a na ciche wołania łaski byli głuchymi. Jedni z nich, oddani zbytnio zajęciom albo zabawom, lubo nie grzesznym, zapominają o swem wzniosłem przeznaczeniu: jak św. Franciszek Seraficki ulubieniec złotej asyskiej młodzieży. Inni znowu, upadłszy nisko i w błocie występku się tarzając, zupełnie już oddalają się od Boga: jak św. Marja Magdalena, św. Małgorzata z Kortony. Inni wreszcie nie znali nawet prawdziwej i przeznaczonej im drogi, jako św. Paweł Apostoł, który otwarcie wyznaje, że z powodu niewiadomości prześladował Kościół Boży.

I patrzmy teraz, jak Bóg łaską Swoją ich ścigał, jak przy okolicznościach sprzyjających do serc ich kołatał, drogę ich posłannictwa coraz jaśniej okazywał, a gdy poczęli z darami Bożemi współdziałać, stali się świętymi. I tak św. Franciszek słyszy głos nawołujący go, by poszedł walczyć, a gdy posłuszny jemu przygotowuje rumaka i zbroję — Bóg mu wyjaśnia, że na czele duchowej drużyny ma stanąć i walczyć z nią przeciw potęgom piekła: i oto zaczyna inne życie. Święta Małgorzata z Kortony ogląda swego kochanka… cuchnącym trupem i pod wrażeniem tego widoku porzuca grzeszne życie i — nawraca się. A św. Paweł, gdy w największej zajadłości zbliżał się do bram Damaszku, by tam więzić chrześcijan, powalony na ziemię, z zaciętego wroga, gorliwym Apostołem Chrystusowej nauki się staje. — I wszyscy ci święci po swem nawróceniu już miary i granicy w służeniu P. Bogu nie znają: nie dość im przestrzegać przeciętnej uczciwości: oni wspinaniem się ku najszczytniejszym wyżynom doskonałości chrześcijańskiej usiłują nagrodzić czas i łaski poprzednio marnotrawione. Dla chwały Bożej i dusz zbawienia żaden trud dla nich nie ciężki, żaden krzyż nie przykry — wszystko to odtąd dla nich rozkoszą, wszystko skarbem, bo wszystko na służbie Bożej miłości!

Różnorodne i nieprzeliczone są drogi jakiemi Bóg świętych do przeznaczenia wzniosłego prowadzi. Często darami nadprzyrodzonemi przyrodzone skłonności uzacnia i nimi posługiwać się pozwala i każe — ale niekiedy z tych naturalnych skłonności ofiary żąda, jeśli potrzebnem jest to dla wyższego ukształcenia duszy. „Pan Bóg, mówi Bossuet, jeśli pragnie uczynić z ludzi godne Siebie istoty, musi urabiać ich rozmai­cie, aby się wedle jego planu uformowały; na jedno tylko wśród tej pracy ma wzgląd: aby usposobieniu wrodzonemu nie zadać wyraźnego gwałtu”. Stąd też jednych wyprowadził Bóg na pustynię i odosobnił całkowicie od ludzi; innych powołał do wspólnego pożycia i wspomagania się wzajemnego w postępie w doskonałości; jeszcze innych pozostawił w wirze świata, przy pługu, przy warsztatach rzemieślniczych, albo i na królew­skich stolicach. Jednych wsławił nauką świecką lub religijną albo społeczną działalnością, a innych za życia pozostawiał w cieniu zapomnienia. Z jednymi jakoby się pieścił, mlekiem pociech duchowych karmi, a innych nasyca twardym chlebem cierpienia: wszystko to zależnie od potrzeb poszczególnej du­szy i rodzaju posłannictwa, jakie jej przeznaczył.

Święci, choć wiernie postępują za natchnieniem łaski Bożej, jednak nie przestają być ludźmi nam podobnymi i zazwy­czaj uczynki ich i słowa noszą charakter ich otoczenia, kraju, Ojczyzny. Np. święta Katarzyna ze Sienny, mając w sobie „krew senneńską”, która wedle, wyrażenia św. Bernardyna, jest „krwią słodką”, obsypywała nieraz dzieci pocałunkami; a gdy wezwano ją razu pewnego do skazanego na śmierć, by go pocieszyła i nakłoniła do spowiedzi, całą noc, jak matka najdroższe dziecię, tuliła jego głowę do swej piersi. W św. Teresie znów przebija się rycerskość. Pochodząc z „Avila rycerzy”, gdzie nawet kobiety w nieobecności mężów oblężenie przetrzymać były zdolne, przejęła się na wskroś duchem swego miasta i kraju; stąd też w pismach jej spotykamy często wyrażenia: „Bóg walk”, „Sztandar Boga”, „z męską odwagą Bogu służyć” itp. To samo da się spostrzec u św. Ignacego Loyoli, byłego żołnierza, współrodaka św. Teresy.

Wielu świętych było miłośnikami muzyki. Św. Franciszek czasem wśród natchnienia brał w ręce dwa kawałki drewna i grał na nich jak na skrzypcach. Św. Teresa w dni świąteczne grywała na małym flecie i bębenku, a św. Ignacego Loyolę muzyka tak porywała, że nie czuł już wtedy żadnego cierpienia.

Zwykle postępowali Święci Pańscy zupełnie naturalnie; jednak dla wyższej cnoty, a zwłaszcza dla uchylenia się od pochwał i uznania ludzkiego, pod tchnieniem łaski zdobywali się oni na uczynki, w mniemaniu otoczenia, nierozumne i poniżające. Istnym mistrzem w tym względzie był św. Filip Nereusz. np (N. p.) gdy delegaci polscy, wysłani do papieża, dowiedziawszy się o „świętym”, który przebywa w Rzymie, obaczyć go chcieli, św. Filip, uprzedzony o tem, ułożył sobie siedzenie z książek i otoczywszy się dziatwą, kazał jednemu z chłopców czytać żartobliwą książkę i z całą powagą słuchał. Weszli z uszanowaniem posłowie, ale Święty nie pozwalał chłopcu przerywać czytania, a gościom polecił zaczekać. Gdy jednak rozdział następował za rozdziałem, a końca doczekać się nie można było, oburzeni i zgorszeni posłowie oddalili się, a Święty dziękował P. Bogu, że go ominęła chwała ludzka.

Widzimy więc, jak różnemi drogami postępowali święci, jak nie jednakowo odnosili się oni do darów naturalnych. To jedno było im wszystkim wspólne, że zawsze podporządkowy­wali je łasce — tej łasce, która częstokroć dźwigała ich z długoletniej ospałości lub nawet grzechowej niewoli. Stąd wszyscy oni, niezależnie od tego, czy drogą zgodną czy sprzeczną z naturą łaska kroczyć im kazała, wyższem i nadprzyrodzonem życiem żyli: celem ich jedynym Bóg i święta miłość Jego, wszystko zaś inne, sprawy naturalne czy nadnaturalne, miłe czy nie­miłe: to do celu wiodące środki. A tak, nic im na szkodę się nie obracało, lecz jeszcze korzyści nieskończone, bo duchowe, odnosili z wszystkiego — gdyż „tym, którzy miłują Boga, wszystko dopomaga ku dobremu, tym którzy są wezwani podług postanowienia święci”. (Rz 8, 28).

7. Nawrócenie Ratisbona

I znowu w pociągu – dnia 6. IV. 24. – bo doprawdy w ten prawie tylko sposób można się łatwo spotkać z ludźmi o najrozmaitszych poglądach. Więc, w pociągu właśnie, opowiadałem jak się nawrócił Ratisbonne, gdy pewien pan, który miał pretensje do decydowania bez dowodów, zauważył ironicznie: „Jak to się ładnie księdzu opowiada”. Odrzekłem, że mogę też służyć dokumentami, bo właśnie niedawno otrzymałem ze Rzymu ich zbiór wydany w r. 1892 – niech więc coś niecoś z nich zamieszczę. A naprzód trochę urywków z listu do Ks. Proboszcza kierownika Arcybractwa dla nawracania grzeszników.

Opisawszy wpierw obszernie stosunki rodzinnne, bogactwa, zaręczyny i podróż przedślubną na Wschód, wśród której mimo wstrętu jaki czuł dla katolickiego Rzymu, tam jednak jakoś zawinął, opisuje jak baron de Bussierre gorliwy katolik, a nawrócony z protestantyzmu i jego nawrócić usiłował, co dla Ratisbona było niesmacznem. Swą wizytę u niego tak sam opowiada:

W samym wejściu do domu p. Bussierre spotkał mnie zawód, gdyż kamardyner zamiast wziąć tylko mój bilet wizytowy, zaraz mnie oświadczył i wprowadził do sali przyjęć. Ukrywałem jednak moje znudzenie o ile mogłem pod udanem uśmiechem i siadłem obok baronowej de Bussierre, przy której były też obecne dwie jej małe córeczki. Rozmowa z początku próżna, rychło zabarwiła się namiętnym gniewem, z którym opowiadałem wrażenia odniesione w Rzymie. Uważałem barona de Bussierre za człowieka pobożnego, ale w znaczeniu złośliwym i dlatego przy tej okazji nie żałowałem docinków co do stanu żydów w Rzymie i to mi sprawiało ulgę; ale te skargi skierowały rozmowę na temat religijny. Opowiadał mi on o wielkości Katolicyzmu; odpowiadałem mu ironicznie zarzutami, które sam wyczytałem, lub też często słyszałem; miarkowałem jednak bezbożne zachcenia ze względu na wiarę dziewczątek, które się przy nas bawiły. Wreszcie rzekł mi p. de Bussierre:

„Ponieważ pan potępia przesądy i wyznaje twierdzenia tak liberalne, i ponieważ pan jesteś duehem tak silnym i oświeconym, miałby pan odwagę poddać się niewinnej próbie?

– Jakiej próbie?

By wziąć na siebie przedmiot, który panu dam… Oto on! jest to medalik Najświętszej Dziewicy. To zdaje się panu śmiesznem, nie prawda? a jednak ja uważam go za bardzo skuteczny.

Przyznam, że takiej propozycji nigdy bym się nie spodziewał. Z początku chciałem się roześmiać i wzruszyć ramionami, lecz potem przyszła mi do głowy myśl, że ta scena będzie piękną anegdotką w spomnieniach z podróży i zgodziłem się na przyjęcie medalika. Włożono mi na szyję medalik; gdym go miał już na piersi wybuchłem potężnym śmiechem, mówiąc: „O, o! już jestem katolikiem, apostolskim, rzymskim!”. P. de Bussierre dobrodusznie triumfował ze swego zwycięstwa, ale chciał je całkowicie wykorzystać.

– Teraz, rzekł, trzeba próbę wykończyć: chodzi o odmawianie rano i wieczór „Pamiętaj”, króciutka to i bardzo skuteczna modlitwa do Marji Panny ułożona przez Św. Bernarda.

– Cóż to jest, zawołałem, to wasze „Pamiętaj”. Dajmy pokój tym głupstwom. – W tej chwili uczułem w sobie wielki gniew. Imię św. Bernarda nasuwało mi na myśli mego brata[1], który napisał historję tego Świętego; książki tej nigdy nie chciałem wziąść do ręki. Wspomnienie to więc rozbudziło we mnie gniew przeciw prozelityzmowi, Jezuitom i przeciw tym, których nazywałem hipokrytami i apostatami.

Prosiłem więc p. de Bussierre, by dał pokój i kpiąc sobie z niego wyraziłem ubolewanie, że nie mogę mu z mej strony też ofiarować modlitwy żydowskiej, by nie zostać mu dłużnym. Lecz ja nie miałem i nie znałem nawet żadnej modlitwy. Mój przeciwnik jednak nalegał mówiąc, że przez nieprzyjęcie tej króciutkiej modlitwy cała próba będzie chybiona i przez to okaże się tylko, że jestem dobrowolnie uparty. Nie przywiązując do tego wielkiej wagi, przyrzekłem odmawiać modlitewkę. Natychmiast ją poszukał i prosił bym ją odpisał. Zgodziłem się na to, ale pod warunkiem, że mu dam mój odpis, a sobie zatrzymam oryginał. Chciałem, bowiem wzbogacić moje zapiski tym nowym „zadatkiem sprawiedliwości”.

W ten sposób doszliśmy do zgody. Wreszcie rozstaliśmy się, a ja poszedłem spędzić wieczór w teatrze, zapominając i o medaliku i o modlitwie. Wróciwszy jednak do domu zastałem bilet wizytowy p. de Bussierre, który przyszedł oddać mi wizytę i zapraszał jeszcze do siebie przed odjazdem. Miałem mu oddać modlitewkę, więc przygotowawszy walizki do jutrzejszego wyjazdu, zabrałem się do odpisywania modlitwy. Brzmiała ona tak:

„Pamiętaj o najdobrotliwsza Panno Marjo! że od wieków nie słyszano, aby kto uciekając się do Ciebie, Twej pomocy wzywając miał być od Ciebie opuszczonym. Tą nadzieją ożywiony, uciekam się do Ciebie, o Marjo Panno nad Pannami i Matko Jezusa Chrystusa! przystępuję do Ciebie, biegnę do Ciebie, stawam przed Tobą, jako grzeszny człowiek drżąc i wzdychając… O Pani świata, racz nie gardzić mojemi prośbami: O Matko Słowa Przedwiecznego, racz wysłuchać mnie nędznego”.

Bez uwagi odpisałem słowa św. Bernarda; byłem znużony; godzina późna i morzył mnie sen.

Nazajutrz 16 stycznia przygotowałem wszystko do wyjazdu. Chodząc powtarzałem wciąż słowa modlitwy. W jakiż sposób o mój Boże te słowa opanowały mą imaginację?

(Następnie opowiada jak p. de Bussierre wpłynął na odłożenie terminu odjazdu by obaczyć Papieża. W międzyczasie zaś obwoził go po pamiątkach chrześcijańskich co bvło okazja do rozmów na temat religijny).

Wszystko na co padł nasz wzrok służyło za temat do rozmowy to pomnik, to obraz, to zwyczaje kraju, a z tem wszystkiem łączyły się odnośne zagadnienia religijne. P. de Bussieurre wprowadzał je z taką prostotą i nalegał z taką gorącością, że nieraz myślałem w skrytości serca jeżeli jest co, co może oddalić człowieka od religji, to właśnie samo naleganie, by go nawrócić. Naturalna moja wesołość pobudzała mnie do wyśmiewania rzeczy nawet najbardziej poważnych, a do złośliwych docinków przyłączał się piekielny ogień bluźnierstw, o których nawet nie śmiem dzisiaj myśleć. Mimo to jednak de Bussierre we wyrażaniu swej przykrości z tego powodu, okazywał się pobłażliwym i spokojnym. Aż pewnego razu tak się do mnie odezwał:

– „Mimo pańskiej złości, pewnym jestem, że pan zostanie kiedyś katolikiem, gdyż pan ma w głębi jeszcze ten naturalny zdrowy sąd, który mię zapewnia, że pan zostaniesz oświecony, chociażby Bóg miał zesłać do tego anioła z nieba”.

Ale, gdy jestem w dobrym humorze, odpowiedziałem, bo inaczej sprawa byłaby bardzo trudną.

Gdyśmy przejeżdżali koło Świętych Schodów p. de Bussierre powstał w dorożce i odkrywając głowę zawołał: „Witajcie Święte Schody! oto grzesznik, który na kolanach po was przejdzie”.

Nie możnaby wyrazić co się działo we mnie, na widok czci, oddanej Schodom. Śmiałem się z tego jako z rzeczy bez sensu, a gdyśmy przejeżdżali przez urocze wille i ogrody po bokach wodociągów Nerona, i ja podniosłem głos i zawołałem, posługując się tem samem wyrażeniem:

„Witajcie prawdziwe dziwy Boga! Przed wami, a nie przed jakimiś Schodami trzeba uchylić czoła”.

(Opowiada następnie o spotkaniu z przyjaciółmi, protestantami dnia 20 stycznia w kawiarni przy czytaniu dzienników).

Wychodząc z kawiarni spotykam dorożkę p. Teodora Bussierre. Zaprosił mnie on na przejażdżkę. Piękny był dzień, więc chętnie przyjąłem zaproszenie. Przed kościołem św. Andrzeja delle Fratte p. de Bussierre przeprosił mnie na chwilkę, gdyż miał tam sprawę do załatwienia. Prosił bym zaczekał w dorożce, wolałem jednak zejść, by obejrzeć kościół. Przygotowywano w nim katafalk, więc spytałem Bussierre dla kogo te przygotowania? Odpowiedział: Dla jednego z mych dobrych przyjaciół hr. de Laferronnays, który zmarł nagle. To też było powodem smutku, który pan zauważył u mnie od dwóch dni”.

Nie znałem p. Laferronnays, nigdy go nie widziałem; dlatego też wiadomość ta nie zrobiła na mnie innego wrażenia jak tylko wstrętu jak zwyczajnie, gdy się słyszy o nagłej śmierci. P. de Bussierre pozostawił mnie samego i poszedł zamówić trybunę dla rodziny zmarłego. „Przepraszani, rzekł mi, wchodząc do klasztoru za dwie minutki się załatwię”.

(W depozycji na sesjach procesu w tej sprawie dnia 18 i 19 lutego między innymi tak opowiada):

Gdym przechodził przez kościół i doszedł naprzeciw przygotowań pogrzebowych, nagle uczułem niepokój i ujrzałem przed sobą jakoby zasłonę, zdawało mi się, że w całym kościele zapanowała ciemność z wyjątkiem jednej kaplicy, jakgdyby całe światło tam się zebrało. Zwróciłem oczy ku kaplicy, promieniującej tak wielkim światłem i ujrzałem w niej na ołtarzu stojącą żywą, wielką, majestatyczną, piękną, pełną miłosierdzia Najśw. Dziewicę Marję podobną w ułożeniu do wizerunku, który się znajduje na cudownym medaliku Niepokalanej. Na ten widok padłem na kolana w miejscu, gdzie stałem, następnie kilka razy starałem się wznieść oczy ku Najśw. Dziewicy, ale uszanowanie i blask zmusił mnie do opuszczenia wzroku, co jednak nie przeszkadzało jasności zjawienia. Utkwiłem wzrok w Jej rękach i widziałem w nich wyrażenie przebaczenia i miłosierdzia. W obecności Najśw. Dziewicy, a chociaż nie rzekła mi Ona ani słowa, pojąłem okropność stanu, w jakim się znajdowałem, obrzydliwość grzechu, piękność Religji Katolickiej, jednym słowem pojąłem wszystko.

Gdy p. de Bussierre powrócił, znalazł mnie klęczącego z głową opartą o balaustrę kaplicy, gdzie okazała się Najśw. Dziewica zalanego łzami. Nie mogę zdać sobie sprawy w jaki sposób upadłwszy na kolana z drugiej strony nawy, mimo przygotowań pogrzebowych, które stały na drodze, do kaplicy, doszedłem do jej balaustry. Muszę dodać, że uczuciem, które towarzyszyło mym łzom była wdzięczność ku Marji Najśw. i współczucie dla rodziny, pogrzebanej w ciemnościach judaizmu, dla heretyków, dla grzeszników. P. Teodor de Bussierre mnie podniósł; rzekłem mu wtedy z płaczem: o! ile ten pan modlił się- za mnie! zwracając się do zmarłego p. Laferronays[2]. Zapytywał mnie kilka razy, lecz ze wzruszenia nie mogłem dać odpowiedzi. Wówczas wziął mnie pod ramię, wyprowadził z kościoła do dorożki i dopomógł wsiąść; spytał mnie potem gdzie ma mnie powieźć; odpowiedziałem na to „Niech mnie pan wiezie gdzie chce, po tem co widziałem jestem posłuszny”. Zapytał: Lecz co pan widział? Nie mogę tego panu opowiedzieć, proszę mnie poprowadzić do spowiednika, a jemu na kolanach opowiem. Zawiózł mnie więc do Kościoła „al Gesù” do o. Willeforta, jezuity, któremu w obecności p. Teodora de Bussierre opowiedziałem co się stało.

(W liście zaś tak dalej pisze).

Wszystko co mogę powiedzieć o mnie streszcza się do togo, że w jednej chwili spadła z mych oczu zasłona; nie jedna, ale wiele tych zasłon, które mnie otaczały jedna za drugą znikły jak śnieg, błoto i lód pod żarzącymi promieniami słońca. Wyszedłem jakby z grobu, z ciemnej przepaści i stałem się żyjącym, naprawdę żywym… ale płakałem! Widziałem na dnie okropną nędzę, skąd wyrwało mnie nieskończone miłosierdzie. Wzdrygałem się cały na widok mych występków, byłem wzruszony, uderzony podziwem i przejęty wdzięcznością… Myślałem o mym bracie z niewysłowioną radością; i do mych łez miłości przyłączały się łzy współczucia. Niestety! ilu śmiertelników zstępuje spokojnie w tą przepaść z oczyma zamkniętymi przez pychę i przez obojętność… schodzą tam choć żywi, i pogrążają się w strasznych ciemnościach….; a moja rodzina, moja narzeczona, moje biedne siostry!!! O gorzka obawo! Do was moja myśl się zwracała, do was, których kocham! Za was ofiarowałem pierwsze moje modlitwy… Czyż nie podniesiecie kiedyś oczu do Zbawiciela świata, którego krew zmyła grzech pierworodny? O jak brzydką jest plama tej winy! przez nią stworzenie nie wygląda już na obraz Boga.

Pytano mnie w jaki sposób nauczyłem się tych prawd, gdyż każdy wiedział, żem nigdy nie otworzył żadnej książki o treści religijnej, nigdym nie czytał ani jednej strony Biblji, i dogmat grzechu pierworodnego zupełnie zapomniany, albo zaprzeczony przez Żydów naszych czasów, nigdy ani na chwilę nie zajmował mego umysłu. Wątpię nawet czym znał choćby tylko jego nazwę. Jakżesz więc doszedłem, do tych wiadomości? Nie wiem, to tylko wiem że wchodząc do kościoła nic nie wiedziałem, a wychodząc widziałem z największą jasnością. Nie mogę wyrazić tej zmiany jak tylko porównaniem do człowieka, który naraz budzi się z głębokiego snu, albo do ślepego od urodzenia, który w jednej chwili odzyskuje światło. On je widzi choć nie może opisać co go oświeca i sprawia, że może podziwiać otaczające przedmioty. Jeżeli nie można wyjaśnić światła naturalnego, jakżesz możnaby opisać światło, którego istotą jest sama prawda? Sądzę, że dobrze się wyrażę, mówiąc, iż nie miałem żadnej wiedzy słownej, lecz, że przenikałem sens i ducha dogmatów, czułem te rzeczy bardziej, niż gdybym je oglądał, a odczuwałem za pomocą niewysłowionych skutków, które we mnie zdziałały….

Miłość Boga do tego stopnia zajęła miejsce wszystkich innych miłości, że nawet moją narzeczoną kochałem w inny sposób. Miłowałem ją jako przedmiot, który Bóg ma w Swych rękach, jako dar drogocenny, który pobudza do tem większej miłości ku Dawcy.

(Gdy chciano opóźnić chrzest błagał:)

Jak to! zawołałem, Żydzi, którzy słuchali nauki Apostołów, natychmiast zostali ochrzczeni, a wy chcecie przedłużyć chrzest mnie, który słyszałem Królowę Apostołów! Moje wzruszenie, gorące pragnienie, moje prośby skłoniły tych dobrych ludzi[3], że oznaczyli czas chrztu.

Nie mogłem doczekać się oznaczonego na to dnia, gdyż widziałem jak obrzydłym jestem w oczach Boga.

(Dalej opisuje swoje przygotowanie do chrztu i życzliwość Ojców i Ojca Generała Jezuitów).

Wspomnienie o nim (o O. Jenerale) wystarczy mi jeszcze dzisiaj do stawienia się w obecności Bożej i zapalenia jak najżywszą wdzięcznością. Obym miał serce o wiele szersze i sto języków, by wypowiedzieć miłość, jaką żywię ku tym ludziom Bożym, ku p. Teodorowi de Bussierre, który stał się aniołem Marji, ku rodzime Laferronays, którą bardzo czczę i kocham!

Nadszedł wreszcie dzień 31 stycznia…

(Tak opisuje swój chrzest).

Zdaje mi się, że natychmiast po chrzcie przejęty byłem uczuciami czci i synowskiej miłości ku Ojcu Świętemu, nazwałem się szczęśliwym, gdy mi powiedziano, że pójdę na audjencję w towarzystwie O. Generała Jezuitów; mimo to drżałem, gdyż nigdy nie bywałem u wielkich tego świata, a ci wielcy zdawali mi się bardzo maleńkimi w porównaniu z prawdziwą wielkością. Wyznam, że wszystkie władze świata razem wzięte, widziałem w tym, który na tej ziemi posiada najwyższą potęgę Boga, w Papieżu, następcy samego Jezusa Chrystusa, którego niewzruszoną katedrę zajmuje.

Nigdy nie zapomnę obawy i uderzeń serca przy wejściu do Watykanu i gdym przechodził przez obszerne dziedzińce i majestatyczne sale, które prowadzą do świętego miejsca gdzie Papież przebywa. Lecz wnet niepokój ustąpił zdziwieniu, gdym go ujrzał. Taki był prosty, pokorny i ojcowski! Nie był to monarcha, ale ojciec, którego bezgraniczna miłość traktowała mnie jako najdroższego syna!

Dobry Boże, czyż tak też będzie kiedyś, gdy stanę przed Tobą, by zdać rachunek za otrzymane łaski? Strach mnie zdejmuje na samą myśl o wielkości Boga i drżę przed Jego sprawiedliwością; ale na widok Jego miłosierdzia bez wątpienia odrodzi się moja ufność, a z ufnością miłość i wdzięczność bez granic.

Wdzięczność więc będzie na przyszłość mojem prawem, i mojem życiem! nie potrafię jej wyrazić słowami, więc czynem ją okaże… Listy od rodziny dają mi zupełną wolność, tę wolność poświęcam Bogu i mu ją już od tej chwili ofiaruję wraz z całym mym życiem, by służyć kościołowi i moim braciom pod opieką Marji Najświętszej.

[1] Brat jogo Teodor przedtem już się nawrócił i został Jezuitą.

[2] p. de Bussierre polecił właśnie modlitwom p. Laferronays Ratisbona.

[3] Przebywał u OO. Jezuitów

8. Świętość

Człowiek z natury dąży do wydoskonalenia się nie tylko fizycznego i umysłowego, ale także moralnego; toteż w historii ludzkości spotykamy wszędzie ludzi, uważanych za coś wyższego nie tylko ponad zwykły tłum, ale także ponad uczonych, ludzi zwanych „świętymi”.

Po upadku jednak pierwszego rodzica, zaćmiony umysł nie mógł znaleźć jasnej drogi do duchowego wydoskonalenia, ani też osłabiona wola nie miała dość sił, by nią kroczyć aż do heroizmu; stąd pojęcia świętości niejasne lub fałszywe.

Już chińscy filozofowie wyróżniają ludzi „żyjących na wzór duchów” i stawiają ich ponad mędrców. Świętość ta, polegająca na dokładnym wypełnianiu praw boskich, tj. doskonałości i prawdy, miała charakter czysto naturalny.

Lepiej wyobrażali sobie świętość Grecy; chociaż bowiem cnotę uważali za coś naturalnego, to jednak świętość była dla nich zbliżeniem do bóstwa, a Platon w dialogu „Euthyphron” dowodzi, iż świętość dlatego właśnie jest miłą bóstwu, że jest świętością. Nawet zmysłowy Epikur pisał księgi: O świętości i pobożności względem bogów.

Wręcz przeciwne pojęcie świętości wyrobiło się u buddystów. Wedle nich cały wszechświat jest zły, a bogowie – to nieszczęśliwi, którzy podobnie jak ludzie dążą do „wyzwolenia”. Mnich buddyjski opuszcza koło rodzinne i minie, by zniszczyć swą naturę i zabić w niej zarodki przyszłych istnień, wyniszczyć się w ekstazie i dojść do nirwany (nicości).

Mahometanie Boga wzywają i do niego dążą. Marabut (mnich) ich ćwiczy się w postach, czuwaniach i wstrzemięźliwości na miejscu samotnym, by dojść do wizji i zachwytów i tak przestawać z Bogiem. Gdy do tego dojdzie (oczywiście nie ma tu mowy o nadnaturalnym zachwyceniu), otrzymuje nazwę „uali”, tj. przyjaciel Boga, a po śmierci współwyznawcy wzywają jego wstawiennictwa przed Bogiem i Prorokiem. Wstawiennictwo to ma się okazywać przez cuda. Cudem zaś nazywają mahometanie każde zdarzenie, które nie jest zwykłe, codzienne i oczekiwane, a o krytyce to i mowy nie ma.

W Starym Zakonie pojęcie świętości ściśle już się łączy z pojęciem Boga. Tak np. czytamy w Księdze Kapłańskiej (20,26): „Będziecie mi świętymi, bo świętym jestem Ja, Pan, i odłączyłem was od innych ludów, abyście byli moi”, a w czwartej Księdze Królewskiej (4,9) „Widzę, że to jest mąż Boży, święty”. – Lecz i tu świętość nie jest doskonała.

Dopiero Chrystus Pan przyszedłszy na świat wskazał ludzkości przykładem i słowem drogę do prawdziwej świętości. Istotą jej – miłość Boga aż do heroizmu. Oznaką – wypełnianie Bożej Woli, zawartej zwłaszcza w Przykazaniach Bożych, Kościoła Bożego w obowiązkach stanu. Środkiem – ciągłe czuwanie nad sobą, by wady poznać i wykorzenić, a cnoty wszczepiać, pielęgnować, rozwijać aż do niepowszednich stopni – modlitwa, którą dusza zdobywa nadprzyrodzone Boże łaski, niezbędne do postępu duchowego. U wszystkich świętych zajmuje ona pierwszorzędne miejsce. Najważniejsze jej stopnie – to modlitwa ustna, rozmyślanie i kontemplacja. W tej ostatniej porywa Pan Bóg nieraz duszę do siebie bliżej i wtedy, olśniona nadziemskim światłem i rozpłomieniona miłością, wpada w zachwycenie, nie mające nic wspólnego z naturalnymi zachwytami. Nie jest to jednak konieczne ani potrzebne do świętości.

Papież Benedykt XIV pisze: „Ażeby kanonizować sługę Bożego, wystarcza mieć dowody, że on uprawiał wzniosłe i bohaterskie cnoty, do których nadarzała mu się sposobność odpowiednio do warunków i stanu jego osoby” (De beat[ificatione] et can[onisatione]” III, 21). Stąd też, jak mówi H[enryk] Joly: „Kościół zaliczył w poczet świętych nie tylko mnichów obok książąt i księżnych, królów i królowych, cesarzy i cesarzowych, ale także kupców, nauczycieli, ogrodników, rolników, pasterzy i pasterki, adwokatów i doktorów, skarbników i urzędników, żebraków i służących, rzemieślników, szewców, cieśli i kowali!”

Fałszywe jest też ogólne przekonanie, że święci nie byli podobni do nas. I oni odczuwali pokusy, i oni upadali i powstawali, i ich nieraz przygniatał smutek, osłabienie paraliżowało zniechęcenie. Lecz pomni na słowa Zbawiciela „Beze Mnie nic uczynić nie możecie” [J 15,5] i na owe św. Pawła „Wszystko mogę w Tym, który mnie umacnia” [Flp 4,13] – nie ufali sobie, lecz całą ufność w Bogu pokładając, upokarzali się po upadkach, szczerze żałowali, duszę z brudów w Sakramencie Pokuty zmywali, a potem z większym jeszcze zapałem przykładali rękę do dzieła. I tak upadki służyły im za szczeble do coraz wyższej doskonałości i stawały się coraz lżejsze.

Gdy św. Scholastyka spytała swego brata św. Benedykta, czego potrzeba, by dojść do świętości, otrzymała odpowiedź: „Trzeba chcieć”.

9. Gdzie jest szczęście ?

Wszyscy szczęścia pragną i za nim gonią, ale niewielu je znajduje, bo nie szukają tam, gdzie ono jest.

Wyjdźmy na ulicę. Szerokim chodnikiem gorączkowo spieszą ludzie różnego wieku stanu, a każdy dąży do jakiegoś celu, który ma być cząstką jego szczęścia. Środkiem przesuwają się powozy i samochody, a ci, co w nich siedzą, marzą o – szczęściu. W wystawowych oknach najrozmaitsze towary ofiarowują się przechodniom, by właścicielom swym i kupcom przybliżyć – szczęście. Gdzie spojrzysz, wszędzie zobaczysz spragnionych – szczęścia. Lecz czyż ci wszyscy są pewni, że u kresu swych zabiegów obejmą skarb tak pożądany?

Jeden z nich wytknął sobie za cel nagromadzenie dóbr materialnych, pieniędzy. Jeszcze do kresu swych życzeń nie doszedł – więc goni dalej. Czy jednak dojdzie?… Im więcej dóbr gromadzi, tym bardziej się do nich zapala, tym więcej pragnie. I choćby cały świat posiadł, jeszcze zazdrośnie na księżyc spoglądnie. Pragnie więcej i więcej, coraz szybciej nabywać i coraz trwalej dzierżyć. Ileż pracy, zabiegów, poświęcenia, zdrowia kosztowało go to, co posiadł i ileż jeszcze trudów go czeka! A jeżeli choroba nawiedzi, fortuna nie dopisze, złodziej okradnie? Wreszcie – przecie w końcu przyjdzie i śmierć. A wtedy?… Trzeba będzie opuścić wszystko i iść samemu do wieczności… Sama myśl o tym zatruwa mu chwile krótkiego zadowolenia z odniesionych korzyści. Nie posiadł więc szczęścia!

Idźmy dalej. Przy drzwiach plakat: „Zabawa taneczna” i wielu się tam ciśnie. Używają świata, póki służą lata! Czyż ci są szczęśliwi? Czyż nie zapragną większego, pełniejszego i słodszego kielicha rozkoszy? Szukają coraz to nowszych przyjemności, a w końcu wpadają w przesyt, odczuwają – granicę. A przecież pragnęliby szczęścia bez granic i bez końca…

Więc i ci go nie znajdą.

A może sława zadowoli człowieka? Spojrzyjmy na rzesze ludzi poważanych, zajmujących wysokie stanowiska, cieszących się szerokim rozgłosem. Czy może ci posiadają talizman szczęścia? Zapytajmy, czy nie życzyliby sobie, aby sława ich szersze zatoczyła koła, aby na innych zajaśniała polach? Bez wątpienia każdy z nich chętnie by to przyjął i może nieraz przemyśliwa, jak by jeszcze więcej zabłysnąć. Tymczasem może inni go zaćmiewają, tylu nie docenia jego zasług; iluż mniej godnych postawiono wyżej niego; wreszcie – i sława, to kryształ bardzo kruchy: wielu, niedawno jeszcze sławionych, znajduje się teraz w cieniu zapomnienia. A w końcu i jego odwiedzi – śmierć… A po niej?… Cóż pomogą pochwały ludzkie i pomniki, jeżeli wieczność będzie nieszczęśliwa?…

I w tym więc szczęścia nie ma.

Lecz bogactwo, rozkosze życia i sława są raczej udziałem wyjątków, gdy tymczasem szczęścia pragnie każdy…

* * *

Za wielkie jest serce człowieka, by je można było zapełnić pieniądzem, zmysłowością lub zwodniczym, choć odurzającym, dymem sławy. Ono pragnie dobra wyższego, bez granic i wiecznie trwającego. A takim dobrem to tylko – Bóg.

Adam Szabelak

Czytaj Wcześniejszy

Będzie mural z Łupaszką w Białymstoku

Czytaj Następny

Jakub Baryła: Konserwatyzm a nacjonalizm

Zostaw Odpowiedź

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *