Nauczanie św. Maksymiliana Marii Kolbe #2 | Narodowcy.net

Nauczanie św. Maksymiliana Marii Kolbe #2

Sylwetka św. Maksymiliana Marii Kolbe, niezmordowanego społecznika i męczennika, jest raczej dobrze znana. W ostatnich latach ukazywały się liczne poświęcone mu książki, filmy czy piosenki. W 2016 roku na swojego patrona obrała go Młodzież Wszechpolska. Bez przesady stwierdzić można, że św. Maksymilian jest obecny w świadomości społecznej Polaków. Ale czy za tym idzie znajomość jego nauczania? Tutaj można mieć poważne wątpliwości. Na naszych łamach temat poruszał już Piotr Głowacki w tekście  Czego uczy nas św. Maksymilian Maria KolbeTeraz zdecydowaliśmy się sięgnąć do źródeł – w trzech częściach publikujemy zbiór tekstów świętego, które ukazały się m.in. w Rycerzu Niepokalanej. Zapraszamy do lektury!

Część  pierwsza – link.

Część trzecia – link.

Spis treści:

10. Kościół a socjalizm
11. Więcej wiedzy!
12. Tajemnica siły i potęgi
13. Więcej rozwagi
14. Wielkość a świętość
15. Dlaczego dobrzy cierpią?
16. Cuda
17. Piekło
18. Tajemniczość w wierze
19. Wszystkie herezje samaś zniszczyła na całym świecie
20. Czy Bóg istnieje?


10. Kościół a socjalizm

Nieraz można usłyszeć pytanie: „dlaczego Kościół potępia socjalizm?” I mnie niedawno to pytanie postawiono. Obiecałem dać odpowiedź w „Rycerzu”, niech więc teraz obietnicę spełnię. Szczupłe ramy artykuliku nie pozwalają mi na obszerne omówienie zaczątków, istoty, rozwoju i różnych objawów socjalizmu; ograniczę się więc tylko do ogólnego ujęcia zasadniczych jego podstaw w ich stosunku do Kościoła. Każdy system czy to polityczny, czy ekonomiczny, czy w ogóle społeczny musi się oprzeć na istotnym realnym stanie rzeczy, a nie hołdować twierdzeniom nieuzasadnionym i mrzonkom wybujałej wyobraźni. – A jednak socjalizm właśnie na to choruje.

Twierdzenia bezpodstawne – to powtarzanie w nieskończoność, a nigdy nie udowodnione zdanie, że nie ma Boga, duszy nieśmiertelnej, życia pozagrobowego, nieba, piekła itd. Ten, zdaniem Mussoliniego, już przeżytek dla naszych czasów, jeszcze wciąż pokutuje w umysłach szerokich mas; i na tych to podstawach wznosi się socjalizm. Posłuchajmy mistrzów.

Bebel: „Nie bogowie stworzyli ludzi, lecz ludzie stworzyli bogów i Boga”. Liebknecht: „Co do mnie, z religią dawno się załatwiłem. Pochodzę z czasów, gdy studenci niemieccy wcześnie wtajemniczeni byli w zasady ateizmu”. Hoffmann uważa tajemnicę Trójcy Przenajświętszej, Bóstwo Pana Jezusa, nieśmiertelność duszy i zbawienie wieczne za najbardziej utopijną utopię. Dietzgen: „Jeżeli religia polega na wierze w pozaświatowe, nadziemskie istoty, w siły wyższe, duchy i bóstwa, to demokracja bezreligijna być musi”. Przyjaciel zaś Marksa Leon Frankel pisze w swoim testamencie: „Nie wierzę ani w niebo, ani w piekło, ani w nagrody, ani w kary”. A na posiedzeniu parlamentu 31 grudnia 1881 Babel wyraźnie powiedział: „W dziedzinie politycznej dążymy do republiki, w dziedzinie ekonomicznej do socjalizmu, a w tym, co się nazywa dziedziną religijną, do ateizmu”.

Wzrok więc socjalisty, świadomego swojego celu, nie sięgnie poza trumnę, nie wydostanie się ponad świat czysto materialny. Zasklepiony w materii, całe swoje szczęście upatruje w zwierzęcym używaniu świata, a idealniejszy może o nauce i sztuce pomyśli. Czy nie za mało to dla człowieka, którego myśl przenika atmosferę, gwiazdy i mknie w przestworza, którego rozum wciąż żądny poznania przyczyn, dociera aż do pierwszej przyczyny i ostatniego celu wszechrzeczy, którego serce żądne posiadania chwały, szczęścia, im więcej zdobyło, tym więcej pragnie i czuje, że nic określonego, chociażby najszerszą, ale zawsze granicą, go nie napełni. Ono pragnie dobra, ale dobra – Nieskończonego!

Spytajmy sami siebie, czy chcielibyśmy nałożyć naszemu szczęściu pęta granic? I ci ludzie o tak ciasnym umyśle, zasklepieni w grubym materializmie, śmią ludzkości zapowiadać szczęście? A może zdołają oni uszczęśliwić ludzkość środkami materialnymi? Może obsypią każdego złotem, otoczą sławą i dadzą możność używania wszelkich rozkoszy? Złudzenie chorobliwej wyobraźni. Już zaznaczyłem, że wszystko, co świat dać może, nie wystarczy jeszcze dla człowieka. Wszystkie te dobra mają swoje granice, rozczarowywują i budzą pragnienie większego, trwalszego szczęścia, a gdy tego zabraknie, przesyt, znudzenie i jakaś ciemnia ogarnia duszę. Czuje ona, że zmyliła drogę do szczęścia – o ile zastanowić się jest jeszcze zdolna.

Ale czyż chociażby tego dobra ziemskiego potrafi socjalizm dostarczyć aż do syta? – i to nie. Wolność, równość, braterstwo – piękne to zasady, ale socjalizm, po zgwałceniu natury ludzkiej, pragnącej szerszych horyzontów i dążącej do nieskończoności, niezdolny jest ich dostarczyć: za szlachetne one i za wysokie.

Wolność. Socjalizm znosi własność prywatną, lub przynajmniej (własność) środków produkcyjnych. Więc rząd wyznacza pracę, rząd ją ocenia, rząd daje płacę. I to ma być wolność. Przypomina mi się tu rozmowa z wieśniakiem w Zakopanem. Wróciwszy z niewoli rosyjskiej, zachwycał się bolszewickimi zasadami, by iść i brać od bogatych. Gdym go jednak zapytał, co się stanie wówczas z jego skrawkiem pola, rozumował, że on je będzie uprawiał. – A gdybyście nie chcieli pracować? – spytałem. – Wtedy inni mają obowiązek przymusić (tu urwał)…, ale wolę ja mój mały skrawek i żebym mógł robić kiedy, co i jak mi się podoba, aniżeli żeby mi kto miał stać nad głową. Oto odruch naturalny wrodzonej wolności, którą socjaliści w imię wolności (!) chcą zgnieść.

A równość? Wszyscy jesteśmy równi wobec Boga, bo wszyscy jesteśmy dziełem rąk Jego, wszyscy Krwią Boga-Człowieka odkupieni, wszyscy mamy tego Boga za cel ostateczny, wszyscy żyjemy tylko dlatego, by dać Mu dowód naszej wierności i tak zasłużyć na posiadanie Go na wieki po śmierci. W tym wszystkim istnieje równość. Ale czy możliwa jest na ziemi równość pod każdym względem? Tylko wtedy by to być mogło, gdybyśmy mogli wszyscy razem istnieć w tym samym czasie, w tym samym (ściśle) miejscu i w takich samych warunkach, tak z natury jak i z otoczenia. Ale to jest fizycznie niemożliwe. Różnimy się wiekiem, miejscem urodzenia, zdolnościami, skłonnościami, zdrowiem, pracowitością, przezornością, różnymi wypadkami w życiu i czynnościami. Wszystko to pochodzi z natury rzeczy; więc zmienić tego nie można. Muszą być też rodzice i dzieci, i przełożeni, i podwładni.

Braterstwo. Wzniosłe braterstwo, tak polecone przez Chrystusa Pana. Czyż może ono kwitnie w socjalizmie? Mam tu pod ręką sprawozdanie korespondenta „Kuriera Warszawskiego” z Sopotu, który tak między innymi pisze: Tutejsze kabarety rosyjskie obliczone są na publiczność, która nie liczy się z groszem. Są dla nich homary świeże, ananasy i brzoskwinie mrożone w szampanie, winogrona, cukry, lody w płonącym ponczu. W tych kabaretach rosyjskich musi być publiczność, która zna ten język. Przeważnie więc Żydzi. Przy lepszych stołach i przy butelkach w barze – bolszewicy. W gdańskich nowiutkich garniturach, z gwiazdą bolszewicką na klapie, na grubym palcu sygnet z wyrżniętym na kamieniu świecznikiem Salomona… Dostojnicy sowieccy w Sopocie nie liczą się z groszem. Uciekli na wypoczynek z miast zasłanych trupami ludzi, zmarłych z głodu – i po zrabowaniu cerkiewnych skarbów – rzucają pieniądze na grę, szampana i wszelkie uciechy.

A obok także urywek z listu z Odessy wydrukowanego w „Dzienniku Wołyńskim”: Cóż z tego, że zarabiam dziennie 300.000 rubli, jeżeli pud mąki kosztuje 12.000.000, pszennej 20.000.000, funt chleba 300.000, białego 500.000, funt masła 1.500.000, słoniny również 1.500.000, jaja po 100.000 sztuka itd. Epidemia przybiera straszne rozmiary. Przedtem leżały nieraz w ciągu kilku dni na torturach trupy ludzi zmarłych z głodu… Obecnie leżą, prócz nich, trupy zmarłych na cholerę, tyfus plamisty, dżumę itd. A ludzi grzebie się w ziemi jak psy, gołych, gdyż najtańsza trumna nie heblowana kosztuje 10 milionów rubli. Dzieci Twe rwą się do Ciebie, chcą przedostać się, przelecieć do Ojczyzny. Ale twarda ręka sowiecka trzyma trwale w rękach swych wielkie i ostre nożyce, którymi podcina skrzydła tym, co rwą się do lotu. Wszyscy przebyliśmy tyfus plamisty, a jak wiesz, po przebyciu tej ciężkiej choroby trzeba się należycie odżywiać, lecz skąd czerpać na to środki? W razie przeciwnym czeka nas tyfus powrotny, a wiemy, co z sobą on niesie: śmierć. Lecz wolę śmierć spowodowaną chorobą zakaźną, gdy człowiek umiera w gorączce, niż powolne dogorywanie z głodu….

Czyż to ma być głoszone przez bolszewików braterstwo, równość? Czyż to ma być ów wymarzony raj Marksa? Nie tędy droga. Przyznać trzeba, że klasa robotnicza była w większej części upośledzona, że socjalizm się za nią ujął, ale ubolewać należy, że uderzył on na Kościół, usiłuje wydrzeć robotnikowi, a nawet dziecku najdroższy skarb wiary i najwznioślejsze a wrodzone ideały. Wszedłszy tak na błędną drogę, stwarza tylko niewolę i tyranię rządu nad obywatelami i zapoznaje dążenia wzniosłej i wolnej natury ludzkiej. Zboczenia te jednak nie są czymś wypadkowym: to planowa robota „Braci” spod młota i kielni, którzy wyzyskują każdą sposobność do tego, by wypełnić dewizę uchwaloną w roku 1717: „Zniszczyć wszelką religię, a zwłaszcza chrześcijańską”. Stosunki społeczne się rozwijają i udoskonalają. Wiele rzeczy wymaga naprawy, ale tej naprawy nie osiągnie się nigdy w sposób niezgodny z prawdą i z naturą ludzką. Czyż wobec tych danych trzeba jeszcze odpowiedzi na pytanie: dlaczego Kościół zabrania swym dzieciom być socjalistami?

11. Więcej wiedzy!

Ogólnie znany jest u nas w Polsce brak głębszej wiedzy religijnej nie tylko u ludzi prostych, ale także, i nieraz więcej jeszcze, wśród inteligencji. Pochłonięci pracą (albo wywczasowaniem) lub zakopani w jakiej dziedzinie nauki, zapominają, a często i nie wiedzą o czym innym. Co nie wchodzi w ich zakres, to nieraz wydaje im się aż – nierealne.

W tym mniej więcej duchu wystosował Senat Politechniki Lwowskiej pismo do Rektoratu Uniwersytetu Jana Kazimierza we Lwowie w sprawie Sodalicji Mariańskiej. Mówi w nim: “W statucie Sodalicji zamieszczone są rzeczy realne, które statut każdy winien zawierać, ze sprawami kultu religijnego, religijnych praktyk i mistycznych dążeń”. Z tego wynika, że sprawy religijne i praktyki są rzeczami dla Senatu Politechniki nierealnymi. Dalej uważa Senat “za niepożądane dla młodzieży” wprowadzenie w życie młodzieży “przesadnych” praktyk religijnych i “mistycznych zagłębiań się w nich”.

Kto poznał choćby pobieżnie statut Sodalicji Mariańskich, ten bynajmniej nie dopatrzy się tam aż “przesadnych” praktyk religijnych. Ale – i to może być rzeczą względną. Dla ludzi na przykład, którzy tylko raz na rok klękną u konfesjonału, albo i ten obowiązek zaniedbują, oczywiście częstsza spowiedź i Komunia św. będzie się wydawać praktyką aż przesadną. Nie chcemy posądzać Panów ze Senatu Politechniki Lwowskiej o zaniedbywanie tak ważnych obowiązków, ale inaczej trudno uchwycić logiczność w ich powiedzeniu.

Boją się też oni “mistycznych zagłębiań”, czyli żeby czasem młodzież im powierzona nie przeuczyła się w rzeczach wiary. O to chyba już najmniej się należy trapić, bo młodzież szkół wyższych ma nie tylko prawo, ale i obowiązek rozwijać swą wiedzę religijną równolegle z rozwojem umysłowym na innych polach naukowych. Inaczej bowiem nie odnajdzie głębokiej harmonii pomiędzy wiarą i nauką. Najlepszym tego dowodem są choćby dziwaczne pojęcia Panów z Senatu Politechniki. Czytając ich list chciałoby się zapytać, czy ci Panowie pamiętają – katechizm. Pożądane by było, żeby profesorowie wyższych uczelni, którym powierzamy kształtowanie nadziei narodu, obejmowali trochę szerszy horyzont rzeczy realnych, a tym bardziej nie zacieśniali umysłów naszej drogiej młodzieży.

12. Tajemnica siły i potęgi

Nieraz słyszymy skargę: “Chcę się poprawić, chcę być lepszy, ale nie mogę”. W historii czytamy o wielkich wodzach i zwycięzcach, którzy jednak nie potrafili ujarzmić swoich złych skłonności. Taki na przykład głośny Aleksander Wielki umiera przedwcześnie z powodu – rozwiązłego życia.

Rozglądając się naokół widzimy zastraszający wprost zanik moralności, zwłaszcza wśród młodzieży, a nawet powstają związki – iście piekielne – mające w programie zbrodnię i rozwiązłość – członkowie to owego związku popełnili głośne w Wilnie morderstwo profesora przy egzaminach[1].

Kina, teatry, literatura, sztuka kierowane w wielkiej części niewidzialną ręką masonerii, zamiast szerzyć oświatę, gorączkowo pracują w myśl uchwały masonów: “My Kościoła katolickiego nie zwyciężymy rozumowaniem, ale zepsuciem obyczajów”.

Jak się temu oprzeć?

Zdawać by się mogło, że takie przyznanie własnej niemocy jak: “nie mogę się poprawić” w podobnych okolicznościach, to objaw pokory. – Tymczasem gnieździ się w nim ukryta pycha.

A to w jaki sposób?

Otóż ci ludzie w wielu rzeczach przyznają, że mogą to lub owo uczynić, tylko tej lub innej wady ujarzmić w takich lub innych okolicznościach nie są w stanie.

To wszystko dowodzi tylko, że liczą oni jedynie na własne siły i uważają, że do tej granicy własnymi siłami to lub owo potrafią.

Tymczasem jest to nieprawdą, kłamstwem, bo własnymi siłami, sami z siebie, bez pomocy Bożej my nic i to zupełnie nic nie potrafimy (por. J 15,5). Wszystko, czym jesteśmy i cokolwiek mamy i możemy, to od Pana Boga mamy i to w każdej chwili życia od Niego otrzymujemy, bo trwanie w istnieniu to nic innego, jak ciągłe otrzymywanie tego istnienia.

Sami więc z siebie nic nie potrafimy, chyba tylko zło, które właśnie jest brakiem dobra, porządku, siły.

Jeżeli uznamy tę prawdę i spoglądniemy na Boga, od którego otrzymujemy w każdej chwili wszystko, co mamy, natychmiast widzimy, że On, Bóg, i więcej dać może i pragnie jako najlepszy Ojciec dać nam wszystko, co nam jest potrzebne. Gdy jednak dusza sobie przypisuje to, co jest darem Bożym, czyż Pan Bóg może ją obsypywać łaskami? Przecież wtedy utwierdzałby ją w fałszywym i aroganckim mniemaniu. Więc z miłosierdzia swojego nie daje tej obfitości darów i … dozwala nawet na upadek, by dusza poznała wreszcie, czym jest sama z siebie, by na sobie nie polegała, ale z całą ufnością jedynie Jemu się oddała. Stąd też upadki były dla świętych – szczeblami do doskonałości. Biada jednak duszy, która nawet tego ostatecznego lekarstwa nie przyjmie, ale w pysze pozostając mówi: “nie mogę się poprawić”, bo Pan Bóg też jest sprawiedliwy i z każdej udzielonej łaski zażąda ścisłego rachunku.

Cóż więc czynić należy?

Oddać się zupełnie z ufnością bez granic w ręce Miłosierdzia Bożego, którego uosobieniem z Woli Bożej jest Niepokalana. Nic sobie nie ufać, bać się siebie, a bezgranicznie zaufać Jej i w każdej okazji do złego do Niej jak dziecko do matki się zwracać, a nigdy się nie upadnie. Twierdzą święci, że kto do Matki Bożej modli się w pokusie, na pewno nie zgrzeszy, a kto przez całe życie do Niej z ufnością się zwraca, na pewno się zbawi.

[1] W gimnazjum imienia Lelewela w Wilnie podczas egzaminu z matematyki do siedzącego na katedrze dyrektora Biegańskiego zbliżył się uczeń Lucjan Ławrynowicz trzymając w jednej ręce granat, w drugiej rewolwer i rozpoczął przemowę. Kiedy dyrektor mu przerwał, padł strzał i dyrektor upadł na podłogę brocząc krwią. Do Ławrynowicza doskoczył uczeń Bończa-Osmołowski i powalił go na ziemię usiłując obezwładnić. Podczas szamotania się Ławrynowicz zerwał zapalnik granatu. Nastąpił wybuch. Ławrynowicz został zabity. Stojący obok prof. Jankowski padł również śmiertelnie ranny w brzuch – zob. RN 4 (1925) 155.

13. Więcej rozwagi

W tym czy zeszłym roku spotkałem się w wagonie kolejowym z dosyć inteligentnym żydem. Ponieważ jako członek Milicji Niepokalanej uważam za swój obowiązek i niekatolikom wskazywać świetlane prawdy, więc i z nim nawiązałem rozmowę.

Czym się pan zajmuje? Jaki ma cel w życiu – oto co było naszym tematem. I oczywiście doszliśmy do pytania: A co będzie po śmierci? – Włożą do grobu. – I nic więcej? – zapytuję. – Nie wiem – odpowiada. – A któż ma za pana wiedzieć? – Ja, proszę pana, nie mam czasu o tym myśleć, jestem kupcem i mam tyle spraw, że nie mogę nad tym się zastanawiać. – A czy to roztropnie? Niech pan sobie wyobrazi człowieka, który by tu z nami jechał w pociągu, a na pytanie: gdzie jedzie, odpowiedział na serio: “Nie wiem, nie mam czasu o tym pomyśleć”. Czyby taki człowiek był rozsądny?

Lecz nie potrzeba szukać aż innowierców, bo pomiędzy katolikami ilu jest takich, którzy chociaż uczęszczają na Mszę św. w niedziele i święta, nie zaniedbują spowiedzi św., unikają większych przewinień, ale rzadko, bardzo rzadko głębiej się zastanawiają nad tym, jaki jest właściwie cel ostateczny życia. Rzadko sobie powiedzą: Ja, naprawdę i ja – umrę. Ja zdam rachunek przed Bogiem za każdy dzień życia, za każdy czyn, słowo i myśl nawet. Ja mam teraz czas do zbierania zasług i to teraz tylko, bo z chwilą gdy ostatnie oddam tchnienie, nigdy już takiego korzystnego czasu nie będzie. Z tego świata nic, zupełnie nic, na drugi świat zabrać się nie da. Jakąż więc głupotą jest gonić za tym, co przemija, szukać szczęścia chwilowego, prędko niknącego, kosztem wieczności. Te i tym a podobne myśli powinny jednak od czasu do czasu znaleźć miejsce pośród tumultu trosk i kłopotów.

Listopad, Dzień Zaduszny, nabożeństwa za zmarłych, odwiedzenie cmentarza – oto okazja do tych poważnych i najpierwszej wagi myśli. Prawda, że myśl odwraca się od prawd wiecznych, gdy serce grzechami zbrukane, wtedy wolałoby się o tym nie myśleć, albo nawet powiedzieć sobie: “dajmy pokój z życiem pośmiertnym, włożą do grobu i tyle”. Nikt przecież z tamtego świata jeszcze nie powrócił.

Ktoś pojechał gdzieś indziej i nie powrócił, a więc nie istnieje? – ot logika!

Ale nawet ta choć i tak nielogiczna wymówka pada wobec krytyki faktów, bo właśnie wielu z tamtego świata dało dobitnie znać o sobie. Dość wspomnieć niedawno kanonizowaną św. Teresę od Dzieciątka Jezus, która dotrzymuje wspaniałomyślnie swojej obietnicy i spuszcza istny “deszcz różany” pomocy duchowej i materialnej po całej ziemskiej kuli.

Dość przyglądnąć się w muzem dusz czyśćcowych (w Rzymie na Trastevere) licznym śladom pozostawionym przez okazujące się dusze z czyśćca proszące o modlitwę. Ale serce grzechem zbrukane boi się wieczności, więc od myśli o niej ucieka.

Co począć?

Niemyślenie nie uchyla rzeczywistości, więc myśleć o niej trzeba. Mamy jednak przecie Matkę w niebie, uosobienie Miłosierdzia Bożego, Niepokalaną. Jeżeli więc myśl o życiu i grzechach przeszłych cię gnębi, nie śmiesz spojrzeć w przyszłość poza grób, oddaj się Jej całkowicie, bez granic, Jej powierz całą sprawę zbawienia, całe życie, śmierć i wieczność, szczerze się wyspowiadaj i zaufaj Jej całkowicie, a poznasz, co to jest pokój i szczęście, przedsmak nieba i wzdychać do nieba będziesz.

Jeżeliś tego nigdy nie doświadczył, spróbuj, czy to prawda, a obaczysz.

14. Wielkość a świętość

Każdy święty – to wielki człowiek, ale nie każdy wielki był świętym zarazem, chociaż nieraz bardzo ludzkości się przysłużył. Zachodzi jednak między nimi pewne podobieństwo. Pomijam tu ludzi głośnych z nagromadzonego mienia, znanych z fizycznej siły, lub zapisanych w pamięci ludzkości jako wielcy, ale – jawni szkodnicy lub przestępcy. Nie mówię o nich, chociaż i ci nieraz prześcigają się w zbrodniczej przemyślności, by – zasłynąć. Zwrócę uwagę tylko na geniuszów myśli ludzkiej.

Geniusz i święty mają wiele cech wspólnych. Wyrastają oni ponad otoczenie, zwracają mimowolnie na się uwagę jako ludzie – niezwykli. Obydwaj wytknęli sobie cel niepospolitej miary i ufni w obfite dary natury czy łaski, dążą do jego osiągnięcia przez ciernie oraz wszelkiego rodzaju zapory i trudności. Nie tylko zazdrośni, ale i nieraz przyjaciele w najlepszej nawet wierze utrudniają im pochód. Obydwaj, jeśli wdrapią się na pożądany szczyt lub skutecznie doń się zbliżają, znajdują naśladowców, którzy w nich wpatrzeni mniej lub więcej udatnie dążą nową ścieżyną za nimi. A pamięć tak świętego jak i geniusza przechodzi z pokolenia na pokolenie. Historia podaje nam nawet ludzi, którzy byli w jednej osobie i świętymi, i geniuszami jak św. Paweł, św. Augustyn, św. Tomasz, św. Grzegorz Wielki i wielu innych.

Lecz i zasadnicza zachodzi różnica między świętym a geniuszem, który do świętości nie dąży. Marzeniem jego – to sława. Dla niej, dla ludzkiego uznania, wytęża umysł, poświęca czas, zużytkowuje zdolności i ponosi nieraz bardzo ciężkie ofiary. Wydoskonalając się w jednym kierunku, zaniedbuje często najważniejsze pola i tak niszczy w sobie równowagę i harmonię, a i innymi nieraz swym bezładem szkodzi. Święty przeciwnie, Bożą tylko chwałę ma na oku. O ludzkie sądy nie dba i staje ponad nie. Władze duszy i ciała odpowiednio podporządkowuje i ciało rozumowi a rozum Bogu pod rządy oddaje. Stąd też cieszy się pokojem zwycięzcy.

Gdy burza się rozpęta, a zewsząd padają gromy lekceważenia, złości i nienawistnej zazdrości, gdy potwarz i wzgarda uderzy, a przyjaciele się odsuną, albo nawet zadraśnięci do wrogów się przyłączą, wówczas geniusz gnie się pod ciężarem, gryzie się, cierpi i czuje się nieszczęśliwym. – Święty ponad tym wszystkim staje. Odczuje i on nieraz ból, ale wnet ukoi się w modlitwie i ufny w Bogu kroczy spokojnie dalej.

Nawiedzi cięższa choroba, starość przygniecie – geniusz częstokroć przestaje być geniuszem, władze umysłowe mu słabną. Święty zaś bez względu na stan zdrowia lub wiek zawsze naprzód postępuje, owszem choroby i utrapienia stają się dlań drabiną do wyższej doskonałości; w ich ogniu jak złoto się czyści.

Spuścizna geniusza przynosi pożytek ludzkości, ale bardzo często i szkodę. Napoleon był wodzem-geniuszem, ale ile łez wycisnął, ile krwi wylał, a i ojczyznę swą osłabioną zostawił; koleje, drukarnie, telegrafy, telefony itd. zamiast szerzyć oświatę, stały się w naszych czasach siewcami fałszu i moralnej zgnilizny. Ileż nieodżałowanych talentów literackich przyłożyło rękę do burzenia porządku, odwracania czytelników od Stwórcy? Ile młodocianych dusz zatruły ich książki i piśmidła?… Święty przechodzi zawsze “dobrze czyniąc” (por. Mk 7,37) na wzór Jezusa, prawdę i szczęście zaszczepia, gdzie tylko zajdzie i przykładem pociąga do Dobroci niestworzonej.

Geniuszem nie każdy może zostać, droga zaś do świętości wszystkim stoi otworem.

Oto punkty styczne i rozbieżne między geniuszem a świętym; zatrzeć te różnice w utalentowanych wybrańcach narodu – to przygotować szczyt wielkości człowieka: geniusza-świętego.

15. Dlaczego dobrzy cierpią?

Bodaj czy nie przedwczoraj zadał mi N.N. to pytanie:

– Dobrzy zazwyczaj cierpią, a złym nieźle często się powodzi. Gdzie tu sprawiedliwość?

– Pan Bóg jest nieskończenie sprawiedliwy, prawda?

– Tak jest.

– Inaczej nie byłby Bogiem. – Więc Pan Bóg musi za każdy dobry uczynek nagrodzić i każdy zły ukarać. Żaden czyn, żadne słowo, żadna myśl, nie ujdzie Jego sądu. A teraz czy jest na świecie człowiek choćby najgorszy, który by nigdy nic dobrego nie uczynił?

– Takiego nie ma.

– Każdy przecież czasem swój obowiązek dobrze wypełni, albo miłosierdzie okaże bliźniemu, albo coś innego dobrego przecież mu się trafi. Otóż jeżeli ten człowiek tak źle żyje, że po śmierci należy mu się piekło, kiedy mu Pan Bóg za to trochę dobrego zapłaci?… kiedy?…

– Na tamtym świecie.

– Ależ tam tylko piekło go czeka.

– Więc na tym…

– Następnie czy jest jaki człowiek choćby najlepszy, który by nigdy nic złego nie popełnił?

– I takiego nie ma.

– Słusznie, boć i sprawiedliwy “siedemkroć na dzień” upada (por. Prz 24,16). Jeżeli więc Pan Bóg chce ukrócić mu czyśćca, albo dać komu od razu niebo, gdzie nastąpi wyrównanie rachunków?

– Acha, to tak…

– Właśnie Pan Bóg okazuje szczególniejszą miłość tym, których już na tym świecie karze, bo w czyśćcu jest tylko kara i długa, i ciężka, a na tym świecie przez dobrowolne przyjmowanie krzyżów jeszcze na większą chwałę w niebie zasługujemy; stąd też przysłowie: “Kogo Bóg miłuje, tego biczuje”.

Nie ma więc co zazdrościć tym ludziom złym, którym dobrze się powodzi; owszem powinni się oni bardzo bać, by to nie była już zapłata za trochę dobrego, które zdziałali.

16. Cuda

Niedawno temu rozmawiałem z “Jednym” i “Drugim”; nie podaję nazwisk, bo może by sobie tego nie życzyli.

Mówiliśmy o prawdzie, tezach, hipotezach itp., a także potrąciliśmy o cuda. “Jeden” opowiadał z odcieniem zgorszenia, że jakiś tam biskup za prędko w cud uwierzył i posłał księdza na miejsce dla zbadania sprawy.

– Jeżeli uwierzył zaraz, to po co jeszcze posyłał badać – spytałem.

– … Ja powtarzam tylko to, co udowadniał a dziennik.

– Jak to mądrze piszą, prawda? Co do wypadków, które uchodzą za cudowne, Kościół postępuje bardzo przezornie i wysyła właśnie na miejsce komisje, złożone z fachowców duchownych i świeckich, celem ustalenia faktu, jego okoliczności i charakteru, zanim orzeknie o tym, czy dany wypadek jest rzeczywiście cudowny, czy też nie.

– Z cudami dosyć często się spotykamy – wtrącił “Drugi” – bo tyle jeszcze mamy nieznanych praw w przyrodzie.

– Jak właściwie wyobraża pan sobie pojęcie cudu? – zagadnąłem.

– Jest to wypadek pochodzący z nieznanych nam jeszcze sił przyrody.

– To bynajmniej nie jest jeszcze cudem.

– A więc co?

– Jest to wypadek pochodzący nie z sił przyrody znanych czy nieznanych, ale bezpośrednio spowodowany Wszechmocą Bożą, wbrew istniejącym prawom przyrody. My mając głowę skończoną, chcielibyśmy wszystko zacieśnić do jej pojęć. Tak więc ponieważ w codziennym życiu widzimy zawsze przyczyny naturalne w różnych wypadkach, jesteśmy skłonni do tego, by wszystkie wypadki zaliczyć do tej kategorii, z tą najwyżej różnicą, że w niektórych – nie znamy jeszcze przyczyn. Ale wszechświat jest większy, można powiedzieć prawie nieskończenie większy, niż wszystkie nasze głowy razem i bynajmniej nie musi wszystko koniecznie pochodzić z przyczyn naturalnych i to materialnych jeszcze. Pan Bóg, który z niczego stworzył to wszystko, co nas dookoła otacza, czyli inaczej, utrzymuje w istnieniu nas i daje w każdej chwili istnienie temu wszystkiemu, nie jest znowu tak słaby, żeby bez tych swoich stworzeń i nie ściśle wedle im nadanych praw nie mógł czegoś zdziałać. Owszem, nawet takie bezpośrednie działanie Boże bardzo przyczynia się do ożywienia wiary i wzbudzenia większej w Bogu ufności, bo do rzeczy zwyczajnych, chociaż najwspanialszych dzieł Bożych, tak się przyzwyczajamy, że to już na nas wrażenia nie robi. Takie więc bezpośrednie działanie Boże od czasu do czasu jest nam potrzebne.

– Nie przeczę, że Pan Bóg cuda czynić może, ale chciałbym posłyszeć fakty.

– I owszem. Znam osobiście bardzo wykształconego i świątobliwego księdza[1], który mi taką rzecz o sobie opowiadał: Gdym był małym chłopcem, rozbolała mię noga tak, że spać nie mogłem i krzyczałem z bólu po nocach. Lekarze nic pomóc nie byli w stanie i wreszcie zrobili konsylium i orzekli, że konieczna jest operacja. To było wieczorem; nazajutrz miano operacji dokonać. Matka moja jednak, widząc co się święci, zdziera wszystkie bandaże i polewa zbolałą nogę wodą z Lourdes. Była to pierwsza noc, w której usnąłem. Rano powstałem – całkiem zdrów. Przychodzą lekarze dla dokonania operacji, a ja już swobodnie chodzę. Oniemieli ze zdziwienia. Nie na tym jednak koniec; jakby dla okazania, że nie była to drobnostka, nie mogłem jeszcze włożyć obuwia, z powodu zgrubienia na stopie, które się potem otworzyło, a z niego wypadł kawałek kości. Lekarz, który mnie leczył, był niedowiarkiem; po tym jednak wypadku nawrócił się i zbudował kościół.

Albo głośne na cały świat uzdrowienie Piotra Ruddera[2].

Ścięte drzewo padło mu na nogę i złamało ją tak nieszczęśliwie, że mimo zabiegów lekarskich kości nie tylko się nie zrosły, ale nawet psuć się zaczęły. Przeleżał wśród strasznych bólów cały rok, a potem przez 8 lat i 2 miesiące wlókł się o kulach. Mając jednak od dzieciństwa nabożeństwo do Najświętszej Panny udał się do Oostacker, gdzie zbudowano grotę podobną do groty w Lourdes i czczono Niepokalaną. Części złamanych kości odstawały wówczas od siebie o 3 centymetry, dolna część nogi obracała się bezwładna na wszystkie strony, a z rany wydobywała się cuchnąca materia tak, że woźnica zawołał: “Oto człowiek, który gubi nogę po drodze”, a konduktor kolejowy robił mu wyrzuty, iż zanieczyszcza wagon. Przyszedłszy do groty zaczyna się modlić. Naraz wstaje zupełnie zdrów. Lekarz jego, p. Affenaer, przedtem niewierzący, nawrócił się i stał się gorliwym katolikiem.

Oto są cuda.

[1] Mowa tu o o. Luigi Bondinim – zob. Pisma I, 12.

[2] Obszerniejsza relacja – zob. RN 19/20 (1940/1941) 9-16; także A. Deschamps TJ, Cud współczesny (Piotr Rudder), Łódź-Katowice 1922.

17. Piekło

– To niemożliwe, żeby Pan Bóg karał piekłem.

– A to dlaczego?

– Bo przecież Pan Bóg jest miłosierny, nieskończenie miłosierny; jakżeż więc mógłby tak srogo karać?

– Ale jest i sprawiedliwy i to nieskończenie; więc nie może przepuścić żadnej winy nie zgładzonej jeszcze, ani żadnej kary bez zadośćuczynienia i to do punktu, matematycznie do punktu.

– Czyż na tym świecie nie dosyć już cierpienia?

– Cierpią przeważnie dobrzy, łagodni, a używają sobie często właśnie ci, którzy kradną, wyzyskują i oszukują innych. Na tym więc świecie nie ma jeszcze wyrównania rachunków.

– Dobrze, rozumiem, ale przecież niekoniecznie musi być zaraz wieczne piekło!

– Obrazę mierzy się godnością obrażonego. Policzek wymierzony zamiataczowi ulicy będzie obrazą, ale większą obrazą byłby policzek dany prezydentowi miasta, większą jeszcze wymierzony prezydentowi Rzeczypospolitej; a obraza nieskończenie wyższej Istoty Boga, będzie nieskończenie większa. Zadośćuczynienie więc musi być też nieskończenie większe. Przez sakrament spowiedzi św. nieskończone zasługi Męki Pana Jezusa ściśle i całkowicie wyrównują zniewagę. Kto zaś nie chce korzystać z Przenajświętszej Krwi Boga-Człowieka, ten nie będzie zdolny, jako stworzenie skończone, dać zadośćuczynienia nieskończonego w tym życiu: składać je więc będzie musiał po śmierci cierpiąc przez nieskończoność, czyli wiecznie. Tego wymaga rozum.

18. Tajemniczość w wierze

Tajemnica wiary! Słowo to w jednych budzi miłość i wdzięczność, innych odstrasza, a jeszcze innym staje się kamieniem obrazy. “Wierzę tylko  w to, co mój umysł przeniknąć zdoła”, mówią oni.

Pomijam już tu rażącą niedorzeczność takiego powiedzenia, bo przecież jeżeli czegoś sami doświadczymy, to nie potrzebujemy już opierać się na wierzeniu komu innemu. Dalej, czyż ci panowie naprawdę tylko to uznają za prawdę, co sami zbadali? Czyż może zajechali oni do każdego miasta w Polsce, w Europie całej, Ameryce, Azji i w ogóle po całym świecie, by móc przyznać, że mapa ich nie zwodzi? Czy trzeba było koniecznie samemu towarzyszyć Napoleonowi w jego wyprawach, by uznać świadectwa historii o nim? A czyż taki panek nie wybiera się zupełnie spokojnie na stację kolejową o godzinie, którą wyczytał w rozkładzie jazdy, by udać się w podróż? Czym się więc wszyscy, a i ci panowie, kierują w codziennym życiu? Otóż wierzeniem w to, co inni mówią i piszą, opierając się na ich powadze, tj. na tym, że oni tę wiadomość mają i nam ją przekazują. Tak się dzieje w życiu codziennym w rzeczach, z których wiele i własnym doświadczeniem stwierdzić możemy.

Inaczej ma się sprawa z tajemnicami wiary. Tych nie tylko my sami nie doświadczymy, ani też inni nie doświadczą, ale nawet nigdy rozumem naszym nie obejmiemy i przeniknąć nie potrafimy.

Dlaczego?

Z tego prostego powodu, że prawdy te zawierają pojęcie nieskończoności. Tak np. dnia 25 bm. uwielbiamy w Zwiastowaniu Najświętszej Maryi Panny Wcielenie Boga. Bóg nieskończony staje się człowiekiem. Osoba Boska nieskończona i natura Boska nieskończona tworzą z naturą ludzką jedną istotę.

Już gdy chodzi o bliższe określenie natury i osoby ludzkiej, filozofowie łamią sobie głowy; cóż tedy powiedzieć o Bożej naturze i osobie? Tu występuje nieskończoność; rozum więc nasz jest za mały, by to mógł pojąć, i choćby miliony milionów razy był mędrszy, nigdy nie byłby zdolny do poznania nieskończoności.

A dlaczego?

Bo i najtęższy rozum stworzony będzie zawsze skończony i dlatego niezdolny objąć nieskończoność. – Gdy pięknym wieczorem spoglądamy na iskrzące gwiazdy, mimo woli nasuwa się nam pytanie: A co jest za nimi? Będą znowu gwiazdy, mgławice. A za tymi dalej i dalej? Nie wiemy. W każdym razie “płotu” tam granicznego być nie może, bo przecież i za tym “płotem” bodaj przestrzeń dalej się rozciąga. Czujemy, że podążyć umysłem aż w nieskończoność i objąć jej rozumem nie jesteśmy w stanie, więc mówimy tylko, że granicy nie ma, czyli zaprzeczamy granicy. I to jest całe nasze niedoskonałe pojęcie nieskończoności – przez zaprzeczenie.

Cóż więc możemy odpowiedzieć na pytanie: Czy możliwa jest istota, która by była Bogiem nieskończonym i człowiekiem skończonym zarazem? Wytężając jedynie własny rozum, gubimy się, jak wtedy, gdy chcemy rozumem dotrzeć do “końca” nieskończonej przestrzeni. Gubi się tu i nic powiedzieć nie może żadna choćby najtęższa, ale skończona głowa. Jedyną odpowiedzią to: nie wiem.

Kto więc nas może o tym pouczyć? Tylko Ten, którego rozum jest nieskończony, więc zdolny wniknąć w tę prawdę; a takim jest właśnie i jedynie sam – Bóg. On więc i tylko On nam to powiedzieć, objawić może.

Więc prawdy te tajemnicą dla naszych skończonych umysłów być muszą i tyle tylko o nich wiedzieć możemy, ile sam Bóg raczy nam dla swej większej chwały w naszym zbawieniu i uświęceniu objawić.

19. Wszystkie herezje samaś zniszczyła na tym świecie

Jak to? Przecież jeszcze herezje istnieją, a tu Kościół św., w pacierzach o Matce Najświętszej, mówi o dokonanym już zniszczeniu herezji i to wszystkich?

Gdy Napoleonowi w jednej z bitew doniesiono, że niespodziewanie ukazała się jazda nieprzyjacielska na jednym odcinku, odparł: “więc nieprzyjaciel przegrał”. A przecież walka jeszcze nie była ukończona, ani nawet zwycięstwo widoczne. Wiedział jednak bystry ten wódz, że po owym ukazaniu się jazdy nie było dla przeciwników nadziei zwycięstwa. Nie inaczej i my zwyczajnie słyszymy nieraz: “ten już przepadł, lub przegrał, stracony”, chociaż jeszcze sprawa nie ukończona, ale już beznadziejna.

W podobnym znaczeniu głosimy o Matce Najświętszej: “wszystkie herezje samaś zniszczyła na całym świecie” Oficjum NMP.

Co za piękne słowa!

Herezje, a więc nie heretyków niszczy, bo ich kocha, pragnie ich nawrócenia, właśnie z miłości ku nim uwalnia ich od herezji, niszczy w nich błędne poglądy i przekonania.

Zniszczyła, a więc nie tylko umniejszyła, osłabiła, ale zupełnie usunęła i – zniszczyła tak, że po nich śladu nie pozostanie.

Jakie? Wszystkie. Więc bez żadnego wyjątku – wszystkie.

A gdzie? Na całym świecie!

Więc nie tylko w jednym lub drugim kraju lub części ziemi, ale we wszystkich krajach na całym świecie.

I to samaś zniszczyła. Więc nie potrzeba niczego więcej, bo to zdolna jest uczynić Ona sama.

Z radością więc przypomnijmy sobie te potężne słowa: “Wszystkie herezje samaś zniszczyła na całym świecie”.

Jak Ona to czyni?

Niezbędne są drogi cudowne Opatrzności Bożej i działalności Jej przez Niepokalaną w duszach. Wchodzi Ona do duszy albo przez wewnętrzne natchnienia, albo przez otoczenie. A gdy już wejdzie do duszy, albo tylko nieco drzwi duszy się uchylą, wchodzi do jej wnętrza, oczyszcza ją z grzechów i wad, upiększa cnotami i do gorącej miłości prowadzi.

Kochamy bliźnich naszych, bliskich, ale czy mamy w swym sercu miejsce dla biednych dusz omotanych sidłami herezji lub niewiary, albo schizmy? Otwórzmy je dla nich i postarajmy się wprowadzić do ich biednych serc Niepokalaną, by im prawdziwe szczęście – Boga przyniosła. Postarajmy się rozbudzić ich, by cośkolwiek dla Niepokalanej zrobili, choćby tylko na przykład “Rycerza” zaprenumerowali, albo inny datek Niepokalanej przysłali, lub w inny sposób cośkolwiek dla Niej uczynili. Ona im tego już nie zapomni. A i my będziemy mieć też zasługę.

20. Czy Bóg istnieje?

(Będąc przez kilka dni w podróży, często rozmawiałem o prawdach wiary z niedowiarkami i katolikami; niechaj więc choć kilka z tych rozmów “Rycerz” na swoich szpaltach powtórzy. – Nie będę się w nich trzymał porządku czasu, ale raczej węzłem logiki je powiążę. Tych zaś, którzy brali w nich udział, bardzo proszę, by zechcieli zwrócić mi uwagę, jeżeli nie odtworzę dostatecznie wątku rozumowania).

Minęliśmy Przemyśl, a wagon kolejowy szybko unosił nas w stronę Krakowa. Przy oknie po obu stronach siedzieli młodzi ludzie. Jeden z nich artysta-malarz, portrecista i jak się okazało z rozmowy, izraelita. Rozmawialiśmy o celu człowieka i doszliśmy do twierdzenia, że upodobnienie się do Boga, czyli chwała Boża zewnętrzna, jest właściwie tym celem, i stanowi jedynie całkowite szczęście stworzenia. Na jednej ze stacji wszedł między innymi do naszego przedziału jakiś inteligentny mężczyzna i usiadł naprzeciwko mnie; zaraz też przyłączył się on do naszego kółka.

– A czy my możemy wiedzieć, że Pan Bóg istnieje? – zagadnął.

– I owszem.

– W to chyba tylko może ktoś wierzyć; nikt bowiem nie potrafi udowodnić, że Pan Bóg istnieje.

– Proszę Pana, a ja panu to jasno udowodnię.

– Mnie pod tym względem już nikt nie przekona.

– Chyba że pan z góry odrzuci wszelkie rozumowanie.

– Wcale nie.

– Chciałabym i ja usłyszeć jasny na to dowód – wtrąciła siedząca obok pani.

– Przepraszam panów, rzekłem, zwracając się ku siedzącym przy oknie, że powrócę do zagadnienia, które już omówiliśmy, by uczynić zadość życzeniom tych, którzy później wsiedli.

– Prosimy bardzo.

– Najpierw jednak, przepraszam, jakie pan posiada wykształcenie?

– Uniwersyteckie, studiowałem prawo.

– A filozofię może także?

– Tego już nie; co zresztą ma filozofia do wiary?

– Wiara musi być rozumna i tego właśnie dokonuje filozofia, zwłaszcza w zagadnieniu czy Pan Bóg istnieje, – a teraz muszę wiedzieć, w czym się wszyscy zgadzamy, bo od tego zacząć mi wypadnie, inaczej budowalibyśmy na niepewnym fundamencie.

Więc zacznijmy:

– Czy pan istnieje?

– Tak, ale ja jestem tylko częścią ziemi.

– Proszę pana, później pomówimy o tym, czym my jesteśmy, a teraz tylko pytam, czy pan istnieje?

– Tak jest.

– A pani?

– I ja to przynaję.

– A może kto z państwa sądzi inaczej?

Wszyscy przytakują.

– Więc nasze istnienie jest pewne.

– Tego bym nie powiedział.

– A dlaczego?

– Bo my nic w ogóle na pewno wiedzieć nie możemy; co jedni twierdzą, temu a przeczą inni.

– Więc pan nie jest pewny, czy pan istnieje?

– Ja jestem tylko cząstką materii we wszechświecie.

– Nie chodzi mi o to – powtarzam – czym pan jest, lecz czy pan w ogóle istnieje, tj. czy pan jest czymś, czy też niczym.

– Oczywiście, niczym nie jestem.

– Na pewno?

– Na pewno.

– A ma pan zegarek?

– Mam – odpowiedział sięgając do kieszeni.

– Jest on pański?

– Mój.

– A na pewno?

– Bez wątpienia.

– Przepraszam, ale gdyby pan o tym wątpił, poprosiłbym o niego i schował do mojej kieszeni (obecni w śmiech). – Fałszywe więc jest pańskie założenie, że niczego z pewnością wiedzieć nie możemy, bo przecież pan uważa własne istnienie jako pewnik i bynajmniej nie ma ochoty wątpić, że ten zegarek należy do pana. – A ja, czy istnieję?

– … Tak.

– A ta pani, tamten pan i w ogóle wszyscy tu obecni?

– Także.

– I na pewno?

– … Na pewno.

– Dlaczego pan to twierdzi?

– Bo… oczy moje jasno mi o tym mówią.

– A te pola, łąki, przesuwające się przed oknami wagonu, świat cały i gwiazdy nad naszymi głowami czy istnieją?

– Także; w ogóle przyznaję już, że to, co widzimy, istnieć musi; ale przecież Pana Boga nie widzimy.

– Proszę pana, czy parowóz idzie na przodzie?

– Oczywiście.

– Na pewno?

– Na pewno.

– A czy pan go widzi?

– Nie, lecz gdyby było inaczej, nasz wagon nie posuwałby się naprzód.

– A więc pan już przyznaje, że nie tylko możemy poznać jakąś rzecz przez bezpośrednie widzenie, ale także ze skutku rozumem przejść do poznania względnej przyczyny – prawda?

– Tak jest.

– Cóż by pan pomyślał o człowieku, który by tak panu dowodził o swym zegarku: Ten metal z okładki sam przypadkiem oderwał się w kopalni, sam dziwnym trafem przetopił się, przeczyścił i uformował wedle obecnego kształtu. Napis także przypadkiem na nim się wyrył. Szkiełko również przypadkiem się przetopiło i wyszlifowało. Także kółka same się zrobiły. I inne części składowe tego zegarka zupełnie przypadkiem się utworzyły, a następnie zespoliły w obecnym porządku i tak bez myśli ludzkiej, ani też ręki – przypadkowo całkiem – wskazuje on godziny. Gdyby ten człowiek zupełnie na serio tak twierdził, co by pan o nim powiedział?

– Że cierpi chyba na zboczenie umysłu.

– Otóż w przyrodzie mamy organizmy bez porównania misterniej zbudowane. Zapewne podziwiał pan, studiując anatomię, budowę choćby takiego oka ludzkiego. Ile tu różnych części, jak one delikatne i jak wspaniale służą do widzenia. Cała przyroda składa się z milionów i miliardów organizmów, które żyją, rozwijają się i rozmnażają. Czyby więc można twierdzić, że te cuda przyrody to przypadek? Mógłby kto powiedzieć: “Nie dzieje się to bez przyczyny” – prawda, ale te przyczyny mają jeszcze swoje przyczyny, a te także swoje przyczyny. Czy jednak w tej serii przyczyn, choćby nawet pchniętej w nieskończoność, musimy przyjąć jakąś pierwszą przyczynę? Przyczyny bowiem inne nie dają od siebie żadnych doskonałości, ale tylko podają to, co same otrzymały, a nam chodzi o twórcę doskonałości. – Musi być jakaś pierwsza przyczyna… i … to jest – Bóg.

– Oczywiście.

Na twarzy onego pana odbijał się pewien rodzaj zdziwienia, że sam dotąd do takiego wyniku nie przyszedł, być może, że nigdy przedtem nie rozmyślał nad tą prawdą.

 

Komentarze

Adam Szabelak

Działacz Młodzieży Wszechpolskiej. Dziennikarz portalu Kresy.pl i redaktor kwartalnika Polityka Narodowa. Organizator turnieju piłkarskiego "Cześć Ich pamięci!". Zainteresowania: geopolityka, wędrówki, gry "bez prądu", niszowa piłka nożna.